poniedziałek, 27 kwietnia 2015

O książce „Spot” Roberta Kani



Właśnie wysprzątałam biurko. Było już tak nieprzyzwoicie. Chusteczki, puste opakowania, książki przeczytane, cytowane, nadesłane. Znowu wyliczam, znów trudno rozstrzygnąć co najpierw, od czego zacząć w tym pachnącym magnolią miejscu. Nowe, ale znane, wygodne. Debiutancki tomik opatrzony dedykacją Roberta Kani dostałam od przyjaciółki. Od razu zauważyłam na okładce grafikę Marty Kołodziejskiej, z którą współpracuję i cenię. Przekonana, że Robert specjalizuje się jedynie w haiku, odkryłam poetycką przestrzeń, która mnie pochłonęła i otworzyła na nowe. 

nie zobaczy jej spojrzenia
nie powiększy go do rozmiaru wiersza 

W tej poezji nie ma miejsca na rozproszenie, dyscyplina językowa, to coś, co pogłębia przekonanie, że poeta świadomie nadrabia zaległości i przeprowadza czytelnika po zawiłościach lektur, które były inspiracją dla wierszy. Przedstawia mechanizmy otwierania pamięci, snuje obrazy, jakby były konkretnymi elementami z przeszłości.

młoda kruczowłosa Hagar
(czarna sukienka nie w tulipany a w róże)
czyta swoje wiersze o Szymborskiej
i przodkach ginących w obozach

Przedmiot refleksji brzmi boleśnie, ale czy wiersze nie powinny utrwalać w nas symbolikę życia i śmierci, pamięć?! Nie da się zamazać tożsamości, kultury, w jakiej dorastaliśmy. Autor w osobliwy sposób mierzy się ze złem, które tkwi w ludziach. Ze spokojem konstatuje przywoływane przez siebie sceny.

powoli rozbieram moje jagnięta
zszywam im rany 
układam znużone do snu

Przede mną fabularny film, krajobraz codzienny. Ofiara i wybawienie, fascynująca ilością znaczeń i odniesień o charakterze kulturowym. Rozważania pochodzące z otoczenia. Obficie łączone i bardzo wymownie marginalizowane. Robert z niezwykłą starannością rozwiązuje puenty wierszy. Jakby każdy był nadzieją na kolejne spotkanie.

tej zimy
mówił uratowałem was wszystkich
a kiedy będziesz pisał ten wiersz
po kilku zabitych nie będzie śladu

Tajemnice, różnorodność, domieszka liryki, rywalizująca z tym, co w człowieku ciemne i przebiegłe. Moc wyłaniających się słów i potrzeb, również interesujące spojrzenie na malarstwo Edwarda Hoppera, jakże odmienne od Czesława Miłosza.

taki czas

rośnie częstotliwość powstawania
nowych stanów związków obiektów ciał
coraz krótszy okres ich połowicznego rozpadu

Codzienność jest zalążkiem dla jutra, czy poeta ma słuszność, że wraca do dzieciństwa i dobrowolnie oddaje czytelnikom emocje, pokusy z jakimi walczył. Świat, w którym zamieszkiwał, równie piękny, co smutny?!

Może ten wiersz nie ma końca

Wiersze są, jak powierzchnia skóry w innym kolorze. Koronkowe zwoje myśli, niekończące się splecenia. Różnorodność.






Autor: Robert Kania Spot
Wydawnictwo: Stowarzyszenie Salon Literacki 

środa, 22 kwietnia 2015

Tomik wierszy Jarka Jabrzemskiego o pięknym tytule „Egzuwia Egzekwie”, z którego wykluwają się i rozkwitają wiersze, jest idealną lekturą na pochmurne dni

od wczoraj śnieg sypie
pod nogami skrzypi
a my z tęsknoty za latem
wcześniej na tej krypie
jak brat z bratem
rodzinnie

Więc śmieję się, bo wiem, że autor właśnie tego sobie życzy. Zabawy, przyjemności, a zarazem intelektualnego wysiłku. 

i kto mi wtedy zarzuci
że słowem szastam
nazbyt kwiecistym kolczastym
jak wyjaśni
że na mój grób chciał nasrać
przedwcześnie
kiedy ja jeszcze wśród ludzi
w rośliny obrastam
żeby było śmieszniej

Przedstawienie trwa w najlepsze, jak życie, którym trzeba się interesować, by stworzyć teatr. Jarek ma w sobie pewność tego, co chce powiedzieć, właśnie w taki sposób, a nie inny. Rozmach tematów, ich wymiar czasowy jest niemały, dlatego tyle wcieleń i przeobrażeń kończy życie i zaczyna. Poeta robi swoje, pisze. I bawi się tym pisaniem, aż czytelnik poczuje ssanie wnętrzności, aż doceni gesty i zuchwałość. Cóż, każdy ma inną miarę i metody dzielenia się z innymi. Jarek utrzymuje rytm, przyśpiesza, kiedy chce na czytelniku zrobić wrażenie. Wykonuje ledwie zauważalny gest i oddychamy swobodnie.

by potem paść pokotem

niczym przyspawani

Cała przestrzeń drętwieje, kiedy zdajemy sobie sprawę, że to ciągłe pragnienie nie ma znaczenia. Życie i tak zamilknie, kiedy będzie miało dość. Kim jesteśmy i w czyich rękach? Przyziemni, ciemni, pozostawiamy po sobie ślady, najróżniejsze znaczenia, a podmiot liryczny oczyszcza neurotyczną atmosferę rzeczywistości i zdumiewa. Tomik pełen cytatów, nawiązań i aluzji. Zmieniające się sceny, dawkowane emocje. 

sumienie 
szwenda się przy łóżku
w tym roku
pójdę na urlop tatuśku

odziedziczyłam spokój

Nie chcę zgadywać, odrywać się i kontrolować ciśnienia. Chcę jak podmiot zastygać w pięknych chwilach. Chcę rozkoszować się artyzmem, rozpraszać światło i oglądać twarze czytelników, kiedy odgadują aluzje albo na próżno się trudzą. I znikają, jak bańki mydlane. Symptomy wyrastania z korzeni, łączenia się z lubieżnością, z siłą, która towarzyszy nam każdego dnia, dzięki harmonii z naturą, dzięki uporczywemu dotykania sedna.

Autor: Jarosław Jabrzemski Egzuwia Egzekwie
Wydawnictwo: Fundacja Duży Format

piątek, 10 kwietnia 2015

Agnieszka Wiktorowska-Chmielewska zatytułowała swój debiutancki tomik "i tu, i tu". Określony przez autorkę, jako "Poemik"

A gdyby tak zamiast rzeką stać się jastrzębiem
- panem przestworzy i bezwzględnym łowcą.

W książce pojawia się podzielność ról, kim być, dla kogo i dlaczego. Oni zwyczajnie tkwią w kontrastach. Dzielą się entuzjazmem. Różnią od siebie i zachęcają wzajemnie do miłości. Ten proces kształtowania zmysłów, wyobrażeń siebie, przechodzi – lub przechodził – każdy z nas. Agnieszka fabularyzuje relacje. Bardzo szczegółowo, z niezwykłą świadomością nawiązuje kontakt z czytelnikiem, który tak jak jej podmiot liryczny musi wyjść poza margines. Możliwe, że wtedy…

wyobrażenia
są bezpieczne. girlandy, alpejskie widoki,
tatuaże - pochodne rozpierzchnięcia. między
światem a repliką ściernisko. obszerne. możliwe
do przełknięcia. dla tych co wyjdą za margines.

Wiersze wypływają z dzieciństwa, sięgają po obrazy, jak mignięcia. Jest w nich geneza tego, co powoduje, że ludzie spotykają się ze sobą i łączą wyodrębnione światy. Mogą się zgubić i odszukać, czują podświadomie swoją obecność. Jest w nich i gniew, i radość. Oczyszczanie to długi proces, ale czy Oni, jak te kwaśne jabłka, nie powinni dojrzeć do wielkiej miłości? To ciągłe poznawanie, obserwacja pór roku, odczuwanie rytmu, dążenie do własnej historii. Dorabianie się wydobywa z ludzi różne efekty, często niespodziewane. Bo jakie byłoby życie, gdyby Oni, nie mogli robić tego, co chcą?

jednych to kręci, innych kładzie 
w rany, zarupieca wolę której przyrzeczona 
wolność. podróżujemy, by w szerokość posadzić
sosnę, zbudować parterówkę i ze schroniska
wziąć psa do pilnowania podwórka. by siła 
znalazła w nas swoje królestwo. i to jest
dobre, i nawet świeci. podróżujemy, 
żeby po schodach wbiegać lekko.

To przyglądanie się przechodzi w inne sposoby widzenia tego samego procesu powstawania uczuć. Bo kiedy Oni zniknęli z pierwszego planu, nadszedł czas, by przyjrzeć się nam. To proces powtórzeń, podtrzymywania wyznań, stworzenia kolejnego planu czasowego. Agnieszka dopracowała w szczegółach wszystkie motywy, które należą do procesów życia. Nie nastąpiło przewartościowanie obrazu świata, on jest jaki jest. Tradycyjny, podobny do mojego czy twojego. Czasami tylko bywa nieznośny. I wtedy okazuje się, że to efemeryczne uczucie jest kapryśne, nie pozostawia w pamięci nic, czego nie chcemy. Być i tu, i tu. Jak w kalejdoskopie chce rozsiać się po wszystkich miejscach, salach koncertowych, parkach, górach. Mieć niekonwencjonalne życie, którego cząstki artyści utrwalają na murach. Zaczynać dzień od języka.


Autor: Agnieszka Wiktorowska-Chmielewska i tu, i tu
Wydawca: Towarzystwo Słowaków w Polsce

czwartek, 2 kwietnia 2015

„Madafakafares” Pawła Podlipniaka – tomik już podniszczony, pokreślony i zagadkowy


Czasem można wyłapać takie lśniące cząstki, 
przechowywać aż do zmierzchu, a potem wspominać,
że wprawiły dziewczęce biodra w kołysanie
i wypełni piersi, dając życiu nowy 
początek.

Niewielka przestrzeń, sugestywna i przyjemna. Umiłowanie autora do detali kreuje narrację wierszy. Są szczególne i towarzyszą im konkretne obrazy. Prezentacja podmiotu lirycznego tworzy z innymi wierszami konstrukcje równoległe, spójny plan. Osnuty wokół życia, dopełnia wszystkie części, które są w tej książce niejako na marginesie. Wiele niedopowiedzeń, ulotności, które wyczuwam podskórnie. To poczucie rzeczywistości można traktować jak spektakl. Wolność odbioru zestawia ze sobą kilka płaszczyzn. Na których wszystko się rozpoczyna i kończy. Pomiędzy kobietą a mężczyzną, który w zaborczy sposób chce zapamiętać każdą chwilę i zlizywać je jak krople deszczu. A przecież one zawisły w próżni albo w pokoju bez ścian, gdzie czerń nie tworzy iluzji, wokół której krążą chore dzieci; zmarli, literaccy bohaterowie.

to kraj bez win i winnic, dołem idą kierpce,
waciak i gumofilce, cygańska muzyka, 
a matka boska w klapie przygląda się temu
z bezpiecznej wysokości pod sumiastym wąsem.

Paweł komentuje powiązania i przywiązania do rekwizytów. Projektuje stan umysłu, dotyka obcego życia. Każda z opisywanych postaci zarysowana jest w konkretnej sytuacji, tworzy związek, z którego kreuje się jakiś schemat sytuacyjny. Poeta kompromituje fałszywe wartości. Uwodzi, szuka bliskości i odpowiedzi. Język i sfera idei są idealnie napięte. Czułość, gniew, samotność są tym, co mnie uderza od samego początku. Każdy kolejny wiersz jest oparciem dla poprzedniego. Dyscyplina językowa, spójność wyzwala rytm, mozaikę wspomnień , emocje nie stawiają oporu, płyną. 

Może jest sposób, żeby mnie odkazić, zabić nie całkiem,
a potem poskładać na nowy kształt i nadać kierunek,
zanim utknę na brzegu, zanim jasna macierz uśpi fale.
Po drodze zgubię resztki bieli i czerwieni. 

Czy można uciec od siebie? Od swojego pochodzenia? Miejsca, w którym wciąż się mierzymy, gdzie możemy dostać jabłkiem? Silne zaangażowanie, a może bezustanna walka z monstrualnie opuchniętym bezsensem otoczenia. Napięte związki, tyrania, wokół otwarta jaźń, spór o życie. 

a gdy nas nazywają, miast rosnąć - karlejemy,
miast tyć - tracimy wyporność i brakuje wody,
której moglibyśmy się wyprzeć z nieczystym sumieniem.

umywam ręce. to podobno na chwilę pomaga.
potem kropka zgasi resztę. przemówi biel.


Autor: Paweł Podlipniak Madafakafares
Wydawca: Galeria Literacka przy Galerii Sztuki Współczesnej
Biuro Wystaw Artystycznych w Olkuszu