niedziela, 23 sierpnia 2026

Widma codzienności. O „Poltergeist” Urszuli Honek

 



Układanie Emiterium wyczerpało mnie do cna. Mam jednak w sobie intuicję, kupuję książki, fotografuję i niektóre odkładam, aby poczekały na swój czas. Tak było z książką poetycką Poltergeist Urszuli Honek. Leżała, milczała, aż wreszcie otworzyłam ją i od pierwszych stron pomyślałam: jestem w podobnym punkcie. Sama właśnie złożyłam książkę z widm, pożegnań i rozliczeń. Umazaną śmiercią, odejściem i sobą wplątaną w to wszystko. Czytając, weszłam w temat na nowo, tym razem z perspektywy innej poetki, innych śmierci, innych widm i powidoków.

Czytając Poltergeist, nie mam uczucia, że otwieram zwyczajną książkę poetycką, nie wchodzę w klasyczną poezję, ale w prywatny seans spirytystyczny: tyle że zamiast kręgu i świec mam przed sobą kartki książki, a zamiast medium, podmiotkę, która uparcie i z czułością wywołuje obecność z nieobecności. Poltergeist, to nie tyle zapis żałoby, ile próba oswojenia się z tym, że życie w cieniu zmarłych jest nieuniknione, że oni zawsze będą się odzywać, w szumie telewizora, w skrzypieniu mebli, w oddechu psa, w herbacie, która stygnie w kuchni o trzeciej nad ranem. Już tytuł tomu sugeruje, że będziemy mieć do czynienia z zakłóceniami, czymś, co powraca nieproszone. Poltergeist to duch hałaśliwy, niespokojny, przenoszący przedmioty, trzaskający drzwiami. Ale w książce Urszuli Honek poltergeist nie przychodzi jako spektakularne zjawisko paranormalne – jest dyskretny, wpisany w rytm dnia. To szmery, które może usłyszeć tylko ta, która nie śpi nocami. To powracające frazy, które nie chcą się odczepić. To codzienne gesty, one stają się rytuałami przetrwania.

Między realnością a widmowością. Pierwszy wiersz, Berlin Alexanderplatz, od razu ustanawia tonację całego tomu. Zaczyna się od wspomnienia:

W nocy Agnieszka musiała znaleźć notes, dzwonić
do dawnych i obecnych przyjaciół. Mówić: nie żyje, tłumaczyć
wszystkie okoliczności. Drżała jej ręka czy głos? (...)[1]

Śmierć zostaje tu wprowadzona jak komunikat, konieczność przekazania wieści. Ludzka reakcja (drżała jej ręka czy głos?) zostaje zawieszona pytaniem, które pozostaje bez odpowiedzi. I od razu pojawia się alternatywna narracja: może wcale tak nie było, może w nocy oglądali Berlin Alexanderplatz. Ta niepewność, czy pamiętam, czy wymyślam, czy było naprawdę, czy tylko oglądałam film, powraca w całym tomie. W tym sensie pisarka wprowadza mnie w obszar literatury widmowej, w której realne miesza się z wyobrażonym, a pamięć staje się niestabilna. To, co naprawdę się wydarzyło, traci na znaczeniu wobec tego, co trwa jako obraz. Czy to było tak, że (...) kręciła gałką i szukała stacji radiowej, lecz odpowiadał jej tylko szum?[2]. Czy może jednak patrzyła w granat nieba? Nie wiadomo i właśnie ta niemożliwość ustalenia faktów staje się głównym tematem tomu.

Jedną z największych sił tej poezji jest jej umiejętność zapisywania detali. Rzeczy i drobiazgi. To nie wielkie słowa niosą wiersze, ale codzienne przedmioty: żel do mycia, podpaski, patyczki do uszu, melonowy spray do włosów, wypity do połowy sok arbuzowy.

Przeczytajcie, koniecznie na głos:

Chcę myśleć o niej jak o żywej. Na przykład o dniu,
gdy wychodziła z drogerii, a w reklamówce niosła żel do mycia,
podpaski, patyczki do uszu. Lewą ręką poprawiała okulary
przeciwsłoneczne w drewnianych oprawkach.
Rzucała cień.[3]

To zapis, który mógłby być fragmentem opowiadania realistycznego. A jednak w kontekście żałoby każdy detal nabiera auratyczności. Rzucany cień to cień obecności, żywa postać, która nagle staje się obrazem wspomnienia. Właśnie takie drobiazgi mają moc większą niż metafory: nie pozwalają mi zapomnieć, że ktoś kiedyś żył. Przypomina mi się w tym miejscu zdanie Barthes’a ze Światła obrazu: że fotografia jest zawsze świadectwem to było. Wiersze Urszuli Honek są jak fotografie w słowach, dowód na to, że ktoś kiedyś niósł reklamówkę, poprawiał okulary, pił sok.

Wiele wierszy tomu rozgrywa się w domu, jako przestrzeni widmowej ale to nie jest bezpieczne schronienie. Dom z tytułowego wiersza jest pełen duchów:

Nie gaś w łazience, proszę męża.
Po dziesięciu dniach organizm się przyzwyczai,
mięśnie przestaną drżeć, ustąpią dreszcze.
Przypomnę sobie nad ranem zaśnieżony ekran
telewizora w pokoju mamy.
Wyciągałam rękę w jego kierunku, żeby odezwał się duch.[4]

Domowe sprzęty, telewizor, lampka, drzwi, zamieniają się w medium kontaktu ze zmarłymi. Zaśnieżony ekran staje się bramą do innego świata. To uderzające: technologia, która normalnie służy rozrywce, tu działa jak narzędzie spirytystyczne.

W innym wierszu czytam:

Jestem w ciepłym, jasnym domu,
uchylam drzwi tylko na moment, żeby wpuścić psa.
(…) Gdybym cię tu wpuściła,
zostałabyś na zawsze.[5]

Dom jawi się jako granica: między żywymi a umarłymi, między obecnością a nieobecnością. Narratorka wie, że wpuszczenie kogoś z tamtej strony oznaczałoby wieczne współzamieszkanie, a jednak drzwi zostają uchylone.

Obok ludzi ważnym uczestnikiem/świadkiem tej poezji są zwierzęta, szczególnie pies. W wierszu Czarny:

Odkąd jej nie ma, dłużej przyglądam się
czarnemu psu, z coraz większym trudem
wchodzi na fotel. Najpierw przednia prawa łapa,
potem lewa. Próba skoku. Rankiem sprzątam odchody,
zmywam mocz. Głaszczę go po grzbiecie, a on odwraca łeb
do okna.[6]

Pies staje się tutaj zwierciadłem żałoby: jego starość, trudność w skakaniu, odwracanie łba, wszystko to przypomina o stracie. Wierzę, że w takich momentach zwierzę odgrywa rolę medium: on wie, że czegoś brakuje, choć nie potrafi tego nazwać. Dla mnie obecność psa w tych wierszach to nie tylko detal realistyczny, ale też metafora: świat żywych, który powoli gaśnie, zostaje spleciony z doświadczeniem ludzkiego braku.

Jednym z najbardziej uderzających elementów tomu są powtarzalne frazy. Mantry przetrwania. Powracają jak zaklęcie:

Nie spać po nocach, oglądać horrory, robić herbaty: czarną, malinową, oolong.[7]

Powtórzenie staje się tutaj rytuałem, obsesją, ale też próbą trzymania się życia. Każdy, kto przeżywał lęk czy żałobę, wie, że to, co ratuje, to właśnie powtarzalność, zaparzanie herbaty, oglądanie filmów, sprawdzanie oddechu męża. Powtarzanie daje poczucie kontroli, choćby złudnej.

Te frazy są dla mnie jak różańce współczesności: nie Zdrowaś Maryjo, ale nie spać po nocach, oglądać horrory, robić herbaty. To liturgia codzienności, w której sacrum i profanum stapiają się ze sobą. Zwraca moją uwagę obraz księżyca jak z kolorowanki dla dzieci; przypominał mały kruchy rogalik.[8] W tej scenie dziecięca niewinność zostaje skonfrontowana z dorosłym lękiem. Dziecko zobaczyłoby rogalik, dorosła osoba widzi kruchość i ulotność, świadomość, że to, co jasne, zaraz zniknie.

Tom nie jest jednak tylko o stracie, jest też o relacjach, które trwają. Dedykacja dla Grzegorza i obraz męża, którego narratorka trąca, żeby sprawdzić oddech, tworzy równoległą opowieść: o byciu razem w lęku. Niezwykła widmowość relacji i miłości.

(…)Stoję nad moim mężem, szczelnie owiniętym kołdrą,
co jakiś czas sprawdzam, czy oddycha, lekko go trącam.[9] 

To gest miłosny i lękowy zarazem: sprawdzanie, czy ktoś jeszcze żyje. Miłość w tym tomie nie jest spokojna – jest podszyta lękiem o utratę. Ale właśnie dlatego wydaje się autentyczna:

(…)kiedy poczułam pierwszy ruch dziecka, już wiedziałam, jak pomieszczę tę miłość (…).[10]

Widmowość przenika więc również relacje międzyludzkie: kochamy, wiedząc, że możemy stracić.

W wielu wierszach pamięć działa jak ciało: trzęsie się, nie śpi, drży, ma dreszcze.

(…)Po dziesięciu dniach organizm się przyzwyczai,
mięśnie przestaną drżeć(…)[11] – pisze autorka. To nie jest pamięć abstrakcyjna, to pamięć somatyczna, zapisana w mięśniach, w bezsenności, w brzuchu, który odmawia jedzenia. Ta somatyzacja sprawia, że tom czytam nie tylko oczami, ale całym ciałem. Czuję te noce, te powtórzenia, te herbaty.

Potykam się również o odwołania do horroru – oglądać horrory, słuchać białego szumu miasta, śmietnik dźwięków, jak w filmach. Ale to nie jest ornamentalne nawiązanie. Horror jest tu metaforą przeżywanego życia: codzienność sama w sobie bywa horrorem, kiedy umierają nam ludzie.

(…)Świat niech pogrąży się w ciemności, ze zwierząt zostaną tylko szkielety. A ludzie, a ludzie niech usychają powoli, żebym mogła powiedzieć: umarli z miłości, nie z przerażenia(…).[12] 

– czuję, że to nie jest cytat z filmu, ale własne zaklęcie: żeby śmierć była czymś znośniejszym, czymś, co można opowiedzieć w kategoriach uczucia, a nie lęku.

I już mam zamknąć książkę, ale przekładam kartkę i otwiera się piosenka dziecięca, absurdalna i tragiczna zarazem:

Nasz kogucik nie żyje, nasz kogucik nie żyje,
Nasz kogucik nie żyje, nasz kogucik nie żyje.
Nie będzie już piał kokodi kokoda,
Nie będzie już piał kokodi kokoda.[13] 

Ten cytat to zarazem kołysanka i lament, śmieszność i rozpacz. Tekst brzmi jak dziecięca wyliczanka – rytm prosty, niemal zabawny. Ale jego treść to czysta śmierć: kogucik nie będzie już piał, a więc poranek nie nadejdzie tak, jak powinien. Nie będzie już znaku odrodzenia dnia. Świat utracił swój rytm.

Wybór takiego cytatu na otwarcie finału książki jest dla mnie gestem przewrotnym i przejmującym. To pokazanie, że śmierć wdziera się wszędzie, nawet w sferę dziecięcych piosenek, w to, co powinno być bezpieczne, naiwne, nieskażone. I jednocześnie: że język, którym opowiadamy o stracie, zawsze balansuje między śmiesznością a patosem.

W drugiej części po rymowance pojawia się mocniejszy akcent, ciało jako archiwum pamięci: Budzić się, ale nie otwierać oczu, połykać asertin. Farmakologia wchodzi w tekst jako codzienny rytuał, równie powtarzalny jak herbaty. Żałoba w Poltergeist nie jest czystą duchowością – jest osadzona w biologii: nieregularne miesiączki, kleszcze u psa, zimno w majowy dzień. Honek przypomina, że śmierć kogoś bliskiego zapisuje się w ciele żywych. Że to, co psychiczne, ma natychmiastowy wymiar somatyczny. A przy tym jest też gest troski wobec męża: cieszę się, że ci smakowało. To przejmujące – nawet w najgłębszej ciemności pozostaje miejsce na codzienną czułość.

I pojawia się jedno z najważniejszych zdań tomu:

Nigdzie ciebie nie ma, a jesteś wszędzie.[14]  

To motto żałoby. Obecność, która nie jest obecnością, ciało, którego nie ma, a które jednak jest w każdym przedmiocie, w każdym geście, w każdej nocy. W trzeciej części narratorka pozwala, by poltergeist przemówił pełnym głosem:

Zostawić na noc uchylone okna, niech będzie przeciąg. Niech skrzypią wszystkie drzwi, szafki, przesuwają się przedmioty, spadają z hukiem na ziemię(…).[15]

To nie jest już cicha obecność – to hałaśliwe widmo, które trzaska, przesuwa, rozbija. Ale nawet w tej grozie pojawia się pragnienie, by śmierć miała sens:

(…)A ludzie, a ludzie niech usychają powoli, żebym mogła powiedzieć: umarli z miłości, nie z przerażenia.[16]

To jedno z najbardziej poruszających zdań całego tomu. W nim streszcza się pragnienie narratorki: żeby śmierć nie była tylko czystym strachem, ale żeby można było opowiedzieć ją w kategoriach uczucia. To oczywiście złudzenie ale właśnie literatura pozwala to złudzenie przechować.

I już w końcowym fragmencie książki pojawia się zaskakujący ton, chwila wytchnienia:

Zbudzić się nad ranem. Po raz pierwszy,
od wielu miesięcy, cieszyć się, że jasno. (…)[17] 

Po całym tomie ciemności i bezsenności ten moment brzmi jak cud. Jasność staje się czymś, czego można się ucieszyć, choćby na chwilę. To początek możliwego powrotu do życia.

Ale zaraz obok – ostatnie pożegnanie:

(…) Zobaczyć cię po raz ostatni i nie
zawahać się pożegnać.[18]

To gest, na który nie było zgody wcześniej. Cały tom to opowieść o niemożności pożegnania i dopiero tutaj, w ostatnich liniach, pojawia się gotowość, choćby chwilowa.

Widzę te fragmenty jako sześć stacji żałoby. Każda z nich pokazuje inny aspekt: absurd i rozpacz, dziecięcy język w zetknięciu ze śmiercią. Mantry powtarzalności, liturgia codzienności, rytuały przetrwania. Farmakologia i ciało, somatyczność żałoby. Hałaśliwy duch, groza i próba nadania sensu, nieobecność, godzenie się. Chwila jasności i gotowość do pożegnania. Dla mnie ta struktura działa jak rekwiem bez muzyki, w którym zamiast chóru i instrumentów brzmią kuchenne garnki, cisza wiejskiego brzasku, szczekanie psów i skrzypienie drzwi. Wszystko, co zwyczajne, staje się głosem żałobnym, cichym, rozproszonym, ale tym bardziej przejmującym, bo rozgrywającym się w naszym własnym otoczeniu, bez wzniosłości i bez odświętności.

Czytając Poltergeist, miałam poczucie, że uczestniczę w czymś więcej niż w lekturze poezji. To było wejście w cudze życie – w jego lęki, powtarzalności, w czułość wobec psa i męża, w pamięć o matce i przyjaciółce. Najbardziej uderzające dla mnie było to, że ta książka nie próbuje budować metafizycznych wizji życia po śmierci. Ona pokazuje, że duchy istnieją w codzienności: w zapachu melonowego sprayu, w uchylonym oknie, w szumie telewizora.

(...) Nigdzie ciebie nie ma, a jesteś wszędzie[19]. I to zdanie mogłoby być mottem całego tomu. Żałoba nie kończy się, bo nie ma gdzie się skończyć. Poltergeist zostaje w domu, w pamięci, w mięśniach, w psie. Dla mnie to tom ważny i piękny, bo uczy uważności na szczegół. Bo przypomina, że pamięć zawsze ma swoją materialność: cień, zapach, dźwięk. Bo pokazuje, że codzienność sama w sobie jest seansem spirytystycznym – tylko trzeba umieć słuchać szmerów.

I kiedy odkładam Poltergeist na półkę, mam wrażenie, że układam go obok własnej książki z widm, że oba tomy – choć napisane przez inne ręce – poruszają się w tym samym polu duchów i śladów, w rozmowie o tym, co nie odchodzi, choć powinno. To spotkanie nieprzypadkowe: dwie opowieści o żałobie i obecności, o słuchaniu ciszy i białych szumów, o próbie oswojenia śmierci w języku. Może właśnie dlatego te książki leżały i czekały na swój czas, bo instynktownie wiedziały, kiedy chcą się ze sobą spotkać.

[1] - Urszula Honek, Poltergeist, Wrocław, Wydawnictwo Warstwy, s. 7.
[2] - Tamże, s. 8.
[3] - Tamże, s. 9.
[4] - Tamże, s. 21.
[5] - Tamże, s. 20.
[6] - Tamże, s. 17.
[7] - Tamże, s. 37.
[8] - Tamże, s. 37.
[9] - Tamże, s. 13.
[10]  - Tamże, s. 42.
[11] - Tamże, s. 21.
[12] - Tamże, s. 39.
[13] - Tamże, s. 35.
[14] - Tamże, s. 38.
[15] - Tamże, s. 39.
[16] - Tamże, s. 39.
[17] - Tamże, s. 43.
[18] - Tamże, s. 43.
[19] - Tamże, s. 38.


Urszula Honek, Poltergeist, Wrocław, Wydawnictwo Warstwy, 2024.




środa, 20 maja 2026

Aga Zano, czwarte wymieranie

 


Pisząc o Czwartym wymieraniu Agi Zano, mam wrażenie, że dotykam ciała zbudowanego jednocześnie z warstw geologicznych i językowych. Ten zbiór – cykl wierszy, opowieść w formie fragmentów, porusza się między humusem a rdzą, między szkliwem oka a pyłem opadającym na mchy. W martwej naturze ze szpadlem język rozpycha się w głąb: posiniałe zęby radzieckich motocykli, obce zdjęcia, cudze zeszyty, materie rzeczy i materie pamięci, które można próbować ułożyć, choć wiadomo, że powstanie z tego konstrukcja chybotliwa, jak wspomnienie.

To nie jest opowieść w stylu Tranströmera, gdzie przedmiot błyska olśnieniem ciszy. Tu przedmiot jest ciężki, brudny, od środka spróchniały, a jednak niesie coś na kształt życia.

W Santa Rita da Cascia ciało przyjmuje w siebie odpad: drut, żużel, pszczołę. W środku pojawia się terrarium z żabą, która strzela językiem w cień człowieka – gest jednocześnie komiczny i złowrogi. To surrealizm, ale nie eskapistyczny; raczej taki, który osiada w gruzie i z niego wyciąga dowody. U Zano absurd jest organiczny, jakby wyrastał z cegły, a nie z marzenia.

W kolejnych wierszach przyroda staje się świadkiem i uczestnikiem katastrof. W Pomerania I i z katechizmu ryby dostają nóg, kuny łysieją, trzmiele stają w szeregu. Świat nie odradza się w rajskim porządku – raczej w grotesce i nadmiarze. Jest tu coś z biblijnego katalogu stworzenia, ale przepuszczonego przez czarny humor i język rozkładu. Myślę o Amosie Ozie, ale w wersji, która nie chce ani się wzruszać, ani pouczać – raczej patrzeć, jak ziemia kpi z naszych pomników.

Wiersze oznaczone jako Pomerania I–IV mają pejzaż zarówno geograficzny, jak i psychiczny. Otwierają się ruchem przyjazdu i wygnania:

(…) na początku był pociąg 
i nie było nic przed pociągiem
nic przed tym miejscem gdzie 
wyrosło dla nas tyle pustych kamienic (…) (Pomerania II)

To historia zasiedlenia i przesiedlenia w jednym oddechu; dom pojawia się tu razem z wymazaniem tego, co było wcześniej.

Później ton się ochładza, pejzaż pustoszeje:

a w pierwszy chłodny dzień
mewy przejmują miasto
nie żeby było co przejmować (Pomerania III)

eros/chthónios przenosi ciężar w stronę architektury ciała: pragnienie, żeby nie być z mięsa, lecz z poniemieckiej cegły, ze stalowych belek, z antracytu. Zakochać się w moście, w zajezdni, hodować małe tramwaje i żuć szkło. To nie poetycki ornament, ale uczciwe marzenie o materii, która nie gnije. Bonnefoy mógłby zobaczyć tu ślad swojej rozmowy z ruiną, lecz Zano posuwa się dalej: ruina jest kochankiem, karmicielem, a czasem jamą do spania.

nabyte – to rozproszenie, wyjęcie fundamentów spod całej konstrukcji. 

nie mam ci do powiedzenia 
nic prawdziwego 
nie wiem gdzie się zaczynam
a gdzie kończę (...)

koniec bez pointy, jak pęknięcie, które nie boli, bo nigdy się nie zamknęło. Znika wszelka ozdoba, zostaje sama kość mowy, pamięć puszczająca kaczki po wodzie, martwe zwierzę z przyprawionymi oczami. Jakby po całym cyklu nie było już możliwe żadne stwierdzenie ostateczne – jedynie unoszenie się w półprawdzie.

Pomerania IV i dziedziczne wprowadzają ton rozrzedzony, lecz uderzający. Pomerania IV jest zimowe, lekko zamglone, po sezonie, wśród pustych bud i pordzewiałych szczęk. Wszystko purchleje, topnieje, zapada się w mokre grudy, a w tę lepką breję schodzi się jak w intymne nasze małe nigdzie. To nie pejzaż nostalgii, lecz przystanek w obumierającym krajobrazie, który paradoksalnie zostaje w pamięci najdłużej.

dziedziczne zamyka cykl jak pytanie rzucone w ciemność. Kobieta skubiąca tapetę w suchej wannie, przy białym szumie radia. Zano pyta: a jeśli nic sobie nie mówiła, czy to coś zmienia? Ten brak domknięcia jest ostatecznym gestem wobec całości; zostawia mnie w stanie zawieszenia, w którym cykl wcale się nie kończy, tylko odsyła z powrotem w swoje wcześniejsze warstwy, zamiast pozwolić mu odejść.

W Czwartym wymieraniu wszystko jest gęstsze, mniej przezroczyste, bardziej sprasowane. To język, który nie boi się rdzy ani gnicia, a jednocześnie trzyma w sobie dziwną, wykręconą czułość.

Piszę to z poczuciem, że ta książka działa jak warstwa humusu, nie błyszczy, ale karmi, nie daje jasnego obrazu, ale podtrzymuje istnienie. Z każdą kolejną lekturą coś w niej zaczyna kiełkować: niepokój, bliskość, lekko żrące zrozumienie, że świat, chociaż wymiera, zawsze zdąży jeszcze raz się odrodzić, choćby w postaci liszajów, gwoździ, odłamków szkła.


Aga Zano
czwarte wymieranie
Wydawnictwo Warstwy
Wrocław 2025


niedziela, 4 stycznia 2026

Staszek Kalina Jaglarz - historia jednego wiersza, wiersz jako proces przemiany

 


Zachwycił mnie wiersz, nie znam tytułu, nazwałam go, monolog Konrada – Staszek Kalina Jaglarz. Nie tylko mierzy się z niewysłowionym bólem, ale również oddaje hołd naturze, zwierzętom i samej egzystencji, w jej najmniejszych formach, komórkach, które tworzą ciało i życie. Już na samym początku pojawia się motyw zapomnienia o ciele, które w swojej fizyczności staje się jednocześnie przestrzenią dla miłości do tej zmysłowej, nietykalnej części świata. To nie tylko pytanie o to, kim jesteśmy, ale o to, jak łączymy się z tym, co nieożywione, i jak wnikamy w cykle, które determinują nasze istnienie.

Motyw zwierząt w wierszu jest zarówno emocjonalny, jak i filozoficzny. Z jednej strony Staszek Kalina Jaglarz przedstawia wygnane ze wsi psy ziające na poboczach drogi, co jest obrazem odrzucenia, zepchnięcia na margines, a z drugiej strony, w wersach o pragnieniu deszczu i dżdżownicach, poeta zwraca uwagę na głęboką więź z życiem, które wykracza poza formy ludzkie. Te dżdżownice to nie tylko postaci z ziemi, to część wielkiej spirali życia, która jest w nas, w każdej komórce ciała, w każdym ruchu, który przeżywamy. W tej wizji ziemia nie jest tylko tłem, ale prawdziwym żywicielem, miejscem, w którym życie się rodzi i umiera, w którym możemy znaleźć swój własny rytm.

Wiersz stawia nas naprzeciw samej egzystencji w jej pierwotnej, organicznej formie. Jak mówi poeta: pragnę deszczu, który uwikła mnie w ziemię, nie chodzi tylko o fizyczną przyjemność, ale o pragnienie bycia częścią tego cyklu, by być częścią natury, w której każdy element, nawet ten najmniejszy, jest niezbędny. To miłość do ziemi, do tych najprostszych organizmów, które pomagają w jej odnowieniu, stają się częścią nieskończonego krążenia życia. Tak jak dżdżownice wychodzące na wierzch jak wezbrana żyła, również i my w swoich mikroskalach, jako komórki, jako organiczne jednostki, jesteśmy częścią tego samego obiegu życia. To nie tylko miłość do natury, to akceptacja, że nasze istnienie jest niezrozumiałe bez tego, co najmniejsze i najprostsze, co odbywa się bez naszego udziału, a jednak nas kształtuje.

Wiersz łączy w sobie czułość wobec zwierząt, natury i własnego ciała z głęboką refleksją nad sensami istnienia. W tym rozrachunku natura staje się bezwzględnym nauczycielem, a zarazem źródłem miłości, która nie wymaga słów. Mam pięść jako oko wołu, to porównanie, które nie tylko oddaje ciężar fizycznej egzystencji, ale i wzajemną zależność między człowiekiem a zwierzęciem, między tym, co ludzkie a tym, co naturalne, co pozbawione ludzkich pragnień i tęsknot. Poeta nie stawia siebie ponad naturą, raczej dostrzega, że jesteśmy z nią zintegrowani, w cierpieniu, w pragnieniu, w miłości do wszystkiego, co żywe, a zarazem przemijające.

Staszek Kalina Jaglarz nie tylko pisze o cierpieniu i przemijaniu, ale przypomina, że to, co jest przemijające, nie musi oznaczać braku sensu. Wiersz ukazuje zatem miłość do zwierząt, do ziemi, do życia w jego najczystszej formie. To miłość, która nie ma pretensji do wieczności, ale istnieje w cyklu, jak komórki w ciele, jak dżdżownice w ziemi, jak każde drobne życie, które stanowi część większej całości. Każdy wers jest gestem oddania się tej prostej, ale głębokiej więzi z naturą, której obecność w nas jest zarazem piękna i nieuchronna.

Ten niezwykły liryk, to nie tylko zbiór obrazów, to także próba zrozumienia siebie w świecie, który zdaje się wymykać spod kontroli. To wiersz, który nie szuka pocieszenia, nie obiecuje żadnej nagrody za cierpienie, lecz, jak każda dobra poezja, wyzwala w czytelniku głębsze zrozumienie ostatecznego stanu ludzkiej egzystencji: w nieustannej zmienności, w nieuchronnym upadku, ale też w obecności, która wykracza poza fizyczne ograniczenia.


czwartek, 19 grudnia 2024

Globula Boka - o wierszach Bianki Rolando


 



Kiedy stałam nocą w Odessie na plaży Morza Czarnego i wpatrywałam się w niebo, zastanawiałam, ile istnień pochłonęła czarna głębia. Czasami źle się z tym czuję, kiedy nie potrafię się oderwać, a może wyrwać z siebie wątków wyczytanych z książek, ludzi, ich historii, przeżyć. Jest taki wiersz Bianki Rolando „Argo"[1] o podróżującej w przestrzeni łodzi. Jest w zasadzie otwarciem gwiazdozbioru, przestworza, jego wspaniałości i nieskończoności. To czytanie przypomina mi jeszcze inny moment nad Morzem Korynckim — rozpoznawanie gwiazd, wyobrażanie, jak się tworzyły, rodziły, układały. Zamysł poetki jest kierunkiem w czytaniu, ale wydaje mi się, że to też przyzwolenie, by w interpretacji skorzystać z własnego doświadczenia i pojemności umysłu, jaka tworzy się w człowieku dzięki obejrzanym obrazom, przeczytanym historiom, dotknięciom. To dodaje mi odwagi, by poszukiwać własnych odnośników. Podszeptuje, jak odkrywać tajemnicę, gwiazdozbiór po gwiazdozbiorze. W obrazach, rzeźbach, całym osobistym wachlarzu spotkań w muzyce i wszechświecie. Mam tych przeżyć ogrom, tak samo jak podróży w niezaliczone zakątki świata, wędrówek po muzeach, galeriach. Wpatrywanie się w obrazy, mozaiki na podłogach, malowidła na ścianach i wszędzie, dosłownie wszędzie, spoglądanie w gwiazdy. Odnajdywanie i nazywanie. Za każdym razem na nowo napływają do mnie znaczenia, fragmenty książek, publikacji. Bogactwo literackie nie tylko unaocznia, jak wciąż zbyt mało wiem, co inspiruje ludzi, czy wyłania się z antyku, a co pochodzi od zapachu, smaku czy w wchodzi w czystą fizykę. Ale akcentuję, że sztuka zawsze była dla mnie otwarciem, przejściem do kolejnego odczuwania. Stawanie przed obrazem i rozkładanie go na czynniki, wchodzenie w cudzą skórę, czytanie z niego, interpretowanie wejść i wyjść. To jest rodzaj przywileju. Podziwiam Bianki umiejętność pisania o barwach, pęknięciach, cieniach — jak się układają, co wskazują, gdzie się zaczynają, a gdzie kończą, kogo przypominają, ile lat mogli mieć pasażerowie i czy cisza, która ich otula, jest tą samą ciszą, którą właśnie odczuwam. Każdy poetycki zapis, obraz składa się z warstw, szlaczków i możliwości interpretacji. O scenariuszach wiem niewiele, chociaż powinnam więcej. Studiowałam przez ostatni rok najróżniejsze sposoby pisania scenariuszy filmowych i animowanych. Śmieję się, że jednak wolę realizować cudzy plan niż własny. Może dlatego łatwiej mi jest wejść w to zacięcie autorów. W tajemnicę Poliszynela. W linie i kropki, które są zaczątkiem sceny, która odbywa się w przestrzeni lub tylko w płynie mózgowym. 

Podróżuję i niesie mnie w głąb, na fali antycznych przypowiastek, pieśni, scen, na fali wiatru, jakiejś chwili. Mrocznej i miłosnej. Innym razem lekkiej, a zarazem nie przenikliwej, bo kiedy my śpimy, ona zestawia rano z południem, krew ze słowem pomywaczki. Czym jest władza, śpiew, przyroda? Czym bogactwo, a czym sława? Coś nas dzieli, rozdziera, kończy nagle i stajemy przed sobą — jak kiedyś — nadzy. Książkę poetycką Bianki Rolando owiewa tajemnica. „Stelle” to piękna poetycka opowieść — podróż. Artystyczny język, słodki i gorzki, pełen postaci, próśb i malowniczych zdarzeń, którym jako czytelniczka mogę się przyglądać i podziwiać. Brać dla siebie i do siebie, wszystko zależy od tego, czy patrzymy w tym samym kierunku. Znalazłam się w tej opowieści z własnej woli, mam nadzieję nauczyć się od autorki patrzeć i czuć, wnikać w człowieczeństwo na podobnym poziomie i odnajdywać odpowiednie formy. Wiele razy zastanawiałam się, czy nie myślimy zbyt ciasno o sztuce, dopasowując się do potrzeb środowiska albo do tego, co nam wystarcza. Oczywiście znajomość arkanów fizyki, astronomii, historii sztuki pozwala pewne sprawy usystematyzować. Wtedy opieramy nasze poglądy na wiedzy. Jasno formujemy odnośniki i bez ograniczeń rozmawiamy o organicznej cząstce poezji. Ogromnie lubię w poezji mrok, szczególnie o zaokrąglonych kształtach, tak sobie go wyobrażam i tego domaga się mój umysł, który już dawno przestał się we wszystkim doszukiwać logiki. Czymże jest w końcu logika, skoro kieruje mnie w stronę rozumności? Dlatego na potrzeby czytania poezji i interpretowania sztuki porzucam wszelkie logiczne sposoby poruszania się w przestrzeni kreatywnej. W asymetrii i analogii. Przechodzenie przez życie jest dla mnie jak pojawianie się gwiazdozbiorów. Czas ich widoczności, odczuwania, tworzenia. Ryby są mi szczególnie bliskie. Towarzyszą przez większość życia, mogłabym się wpatrywać w ten moment w nieskończoność, ale wiem, że umrę i wtedy ten moment będzie moją tajemnicą. 

„(…) – Ja jestem bezpański pies, a ty jesteś jaszczurką wnikającą do ust, 

niosącą sycący blask, a ty jesteś pokaleczonym ptakiem błogosławieństwa (…)”[2]

Rany, Bianko, płaczę, kiedy docieram do sedna twoich słów, do słów pieśni, pękających skał. Zapuszczasz we mnie nasiona, które toczą się w słowach wiersza, tonę w ich fali, drżę w uniesieniu. Może to zbyt patetyczne, ale czyż życie nie zawęża się zbyt często do spraw błahych i ponurych? Z całym twoim pokiereszowanym niebem, nienazwanymi melodiami, które pamiętam z dzieciństwa. Właśnie teraz wracają do mnie i przylgnęły na nowo, wsunęły się w tę przestrzeń pomiędzy podniebieniem a krtanią. Dławię się i szlocham. I nastaje świt. Z nim słowa. Rozpalone do czerwoności, wyrwane z głębi. Ryzykuję, pisząc ten tekst, bo czymże jest opisywanie własnych przeżyć, wizji, lubości, osobistych/intymnych odczuć, wyobrażeń? Przecież na niewiele to się zda autorce, a jeszcze mniej jej czytelnikom. Pomiędzy „Argo” (stanowczo wolę, bo przypomina mi Argonautów), a „Koroną Południową” znajduje się przestrzeń i tajemnica dla każdego. Ta tajemnica drąży we mnie specjalne miejsce. To jest ten moment, kiedy dokładnie, słowo w słowo, odnajduję rozkoszny i słodki smak upojenia. Kiedy mogę „Wagę”, mój zodiakalny gwiazdozbiór, rozsypać i dopasować. 


„(…) jeżeli to są podzielone rzeki to nie jest niebo tylko podzielone rzeki a ty wyspa jesteś a ja i ja i ja to twoje części absydy uświęcone wiatrem sumiennym przenoszone jego stopą studenną studzienną echem łączenie będziemy wychwalać gwałtowność głębokimi nieboskłonami pange lingua gloriosi przenosić się stopą studenną czerwona lamówka niesie się doskonale kolorem i dźwiękiem na polanie czołgałaś się jak dzika w każdą stronę w której mogłabyś być przyjęta jestem przyjęty nie przeklęty studenny jak stopa która mnie niesie stopa niesie mnie znacznie dalej ciebie ze mną nic nie waży my nie-ciężar jesteśmy dla 

tej stopy gwałtownej gdyż

mapy nie składa się od zewnątrz

do zewnątrz (…)”[3]

Wreszcie ktoś mówi do mnie moim językiem, do wewnątrz, zauważa we mnie (tak sobie wyobrażam) szereg anomalii, drobnych gwałtowności, mglistych gór, przepastnych odczuć. Zawieszam na mój osobisty drut wskaźnik, którym posłużę się w pozostałym życiu, w pozostałym zewnętrznym niczym. Szereg pętli i połączeń, procesów poznawczych i niesamowite odczuwanie. W tym wszystkim jako człowiek czuję się usatysfakcjonowana. Wreszcie artystka mówi do mnie, do moich skojarzeń, dojrzewających myśli, impulsów, pewnej rzeczywistości, na której opieram swoje jestestwo. I nie chodzi mi o wyodrębnianie możliwości, jakie kreują się w wyobraźni pod wpływem obrazowania poetyckiego, a jedynie o ten rodzaj komunikacji, który stwarza siłę. Siłę, by umieć podnieść własną wyobraźnię, zamknąć oczy, stojąc w bliskości równika i wsadzić swój palec w kosmos. Na potrzeby poetyckiej ballady, która już zawsze będzie żywa i możliwe, że będę ją próbowała pojąć przez resztę życia. Stykając się z innymi ludźmi, słuchając ich i wyobrażając sobie Gołąb/ka, Byka, Skorpiona i może ta konfrontacja, codzienna i optymistyczna, jest nowoczesnym wieszczeniem. Zapisem, odbiciem w skale kości skroniowej. 

„(…) Zdobywca – szeregują mnie. Najmłodsze „ja” stoi niepewne imienia. Najstarsze „ja” wie, że nic się nie zmienia, nadzieja w tym, które spłonęło na stosie uwitym przez rzekę. Chciałam wpłynąć w łagodne ramiona morza, złapać choć na chwilę właściwy kierunek. Złapać niewłaściwy kierunek i znacznie dalej podróżować (…)”[4]

Samotność, tajemnica, głębia, nieskończoność. Najzwyklejsze akceptowanie i godzenie się z życiem. Bez lęku, który jest jak druga skóra, która porosła mnie jak porost naskalny. Człowiek. Ziarenko. Rozłączenie. Znikanie. Cykliczność. Przenoszenie. Rozproszenie. To oczywiście nie jest tak, że wszyscy poczujemy to samo, czytając poetycką opowieść o nierozłączności czasu i przestrzeni, że zrozumiemy naszą nic nieznaczącą obecność w tej przestrzeni. 

„(…) Niech mnie oczyści twój płacz, Abiku

Znasz dobrze tę ciemną porę, Batuku

dłoń w dłoń i pod powieką znajdziesz

gońca (mknie w naszym tętnie bez końca) 

inne napoje, inne są nasze pokarmy

trzymamy się w ustach i rozłączyć trudno (…)”[5]

Jakże jest mi bliska konsekwencja obrazowania. Czy ja w ogóle jestem? Czy ta książka tylko mi się przyśniła? W jakim stopniu jestem w stanie ją pojąć, przeżyć, przeniknąć? To poetyckie marzenie. Książka, która ogromnie mi się podoba. I nie dlatego, że przylgnęła do mnie i jest obecna, ale dlatego, że wciąż zaskakuje, szepce i nuci pieśni, będące już kiedyś w moim życiu, wydobywające się wielokrotnie z przepony na wielu scenach świata. Zaszczepiłaś we mnie, Bianco, moc życiodajnego życiorysu gwiazd. Myślę, że to rodzaj narodzin, przemiany, jakiejś nieskończonej chwili, którą dzięki tobie odzyskałam. Mimo lęku i wewnętrznego niepokoju.





[1] Rolando, Bianka. Stelle. Biuro Literackie, Stronie Śląskie. Galeria Foksal, Warszawa 2019, str. 7. 

[2] Tamże, str. 31. 

[3] Tamże, str. 123. 

[4] Tamże, str. 129. 

[5] Tamże, str. 158


10 czerwca 2020


tekst ukazał się w 33. eleWatorze

czwartek, 27 października 2022

Alegoria organiczna

 







...wolałbym być kimlkowiek innym, ale gdybym był kimkolwiek innym, to wolałbym tym kimkolwiek innym nie być, prawda? Wszyscy są, niestety, jakimś „ja” albo uważają się za jakieś „ja”, na jedno wychodzi. Ale co to za „ja” – tego nie wiemy.

(Jorges Luis Borges)1


Próbuję zamknąć oczy i nie widzieć. Nie czuć nadchodzących chwil. Nie wyobrażać sobie lęku. Czuję, jak wnika w palce, w podniebienie, to wystarczy. Myśli przesiąkają zawartością wchłanianą z książek czytanych nad owsianką, nie wiem nawet, czy jest sens wspominać o gastryce. Ale nie mogę się jej oprzeć, nie mogę przestać. Ból, który nie ma żadnych zalet, zwyczajnie zatopiony w płynie ustrojowym. Smutek i cienie. Ogrom wyobraźni, która przenosi się w czasie. Szarpie i wydaje z siebie straszne dźwięki, targa znaczeniami, rozbudowuje obraz klęski. Nie znoszę tragizmu. Nie oswajam się z próżnią i z tym, co nie poddaje się zapomnieniu. Ze wszystkim, co dociera z zewnątrz. Powolne narastanie bitów. Chłód mgły. Słowa nie mają znaczenia, kiedy wokół rozgrywa się spór o władzę. Brnę w bierność, w samotność, w rozpad. To odkładanie przeżyć na później, przechodzenie z kropli w kroplę. Obserwuję niedołęstwo władzy. Cała ta zgroza i lęk. I próbuję sobie wyjaśnić to ekspresyjne straszenie zagładą czymś z kosmosu, naturą, której nadajemy rysami szlachetną śmierć. Wycieram się wzrokiem z oceanem, sztormami nazwanymi imionami kobiet i mężczyzn. Jakbyśmy świetnie się znali, dlatego muszą podrzynać mi gardło akurat wtedy, kiedy spieszę się na autobus miejski, by dostać się na uczelnię. By tam przez moment poczuć się ważną, najjaśniejszą i wolną. Daję im wszystkim radę, nie tracę rozumu, to tylko sentymentalne pierdoleto, całkiem dobrze przyswojone i wymyślone słowo. Nie wiem w zasadzie, dlaczego tych wszystkich kanalii nie mogę nazywać złymi słowami, jakby były zarezerwowane tylko dla literatów, którzy mogą bezkarnie w książkach nadawać realizm poszczególnym scenom. Czy to ma sens? Wtedy mąż mówi: „Ciszej, ciszej!”. I zastanawiam się nad moralnością; czy w niej pozostać, być niewolnicą ładnych, okrągłych słów, czy walić w oczy nieokrzesanych, okrutnych, rasistowskich typów. Słyszę od czasu do czasu, że humanizm jest nadzieją dla tego świata. Serio? Boże uchowaj. Nie mam w takim razie żadnej wiedzy o humanizmie. Chociaż wiele razy myślałam o sobie i obowiązku w ramach przypominania o życiu i wartości, jaką jest.

Niestety nie mam wystarczającego poczucia humoru z domieszką cynizmu, jedynie nadnaturalny sarkazm, który produkuję i propaguję bez wzbudzania ogólnego zainteresowania. Dlatego ogłupiam się sztuką, upajam wręcz. Od czasu do czasu mam ochotę porozmawiać z kimś o istocie rzeczy, inspiracjach, dyrdymałach. By się rozchmurzyć. I tutaj próbuję uporządkować jakoś własny chaos. Przypomniałam sobie odpowiedź Borgesa, kiedy Ferrari zapytał go:


– Zwykle mówi pan także o czymś uporządkowanym albo kosmicznym, przeciwstawiając to chaosowi.
– No cóż, oczywiście, przecież kosmos to ład, a chaos jest jego przeciwieństwem, Przy okazji, ja nie wiem, czy mówiliśmy o słowie „kosmetyka”, które pochodzi od „kosmosu” i oznacza mały ład, mały kosmos, który każdy narzuca swojej twarzy. Rdzeń jest ten sam, a więc ja na przykład jestem raczej chaotyczny, bo nie używam kosmetyków, prawda?2


I tak dochodzę do miejsca, w które chcę powrócić. Uporządkować i ustanowić w sobie, jako pewien rodzaj odrębności. Oczywiście pragnę trafnie nazywać to, co czuję. Zmieniać wizje w obszary, nienazwane w nazwane, aby być dobrze zrozumiana. Chociaż nie zależy mi na tym aż tak mocno. Dlatego nie będę się już odwoływała do rozstrzygnięć z literatury, bo mogłabym jedynie napełnić wiersze wizjami innych, a przecież są to moje własne idee.

Gówno wiecie feministki3.

Im więcej czytam wierszy, tym mniej wiem o poezji. Dlatego długo nosiłam w sobie wiersze Ewy Frączek. Czekałam, aż coś z nich we mnie wyrośnie. W końcu poczułam je dość wyraźnie, ale zajęły mnie inne sprawy. W tle codziennych zajęć przypominałam sobie jednak śmierć albo Lublin, morską drogę do Indii. Nagle zastanawiałam się, w co mam się ubrać do trumny. Dodatkowo z pamięci wygrzebywałam choroby, ślimaki i twarz Ewy. Pomyślałam, że już czas o tych wierszach porozmawiać i dać sobie być może szansę na wytłumaczenie wszystkiego od nowa. Tak. Znamy się z Ewą od dawna, ale nigdy nie udało nam się porozmawiać na serio. Zawsze ciągnęło mnie do jej jajecznicy z kurkami, spacerów i takich tam, co sobie wymyślałyśmy. W końcu wyjechałam i jestem dalej, ale najciekawsze, że dzięki wierszom jednak bliżej. Na emigracji mocniej odczuwam potrzebę bliskości ze słowami, odbiciami, które po sobie pozostawiają. Kiedyś wydawało mi się, że czytanie wierszy zawsze powinno być oderwane od autora, ale w końcu doszłam do wniosku, że znajomość z poetą ułatwia jednak ich zrozumienie. Sposób odbioru, który jest porozumieniem, dotyka krawędzi i daje pole do szerokiej interpretacji, powoduje, że wiersze, czasami osobiste i zszyte z czynności literackich, życia i filozofii, przynoszą ulgę. Jakiś czas temu przestałam szukać w nich tego istnienia. Czasami myślę o wierszach jak o codziennych notatkach zapisanych z pamięci, by nie wtopiły się w niezbyt ważne sprawy, ludzi, jakieś sytuacje. Wrócę jednak do „Reorientacji”, do jej barwnego i obrazowego stylu, wyrazistych wierszy i niezwykłego odczuwania poetki. Co w tych tekstach zmienia kierunek? A może ktoś? Wciąż szukam odpowiedzi...

Zatem rozpoczyna się lato. Niewinne i beztroskie, bo córki dla ojców, niezależnie od tego, ile mają lat, zawsze będą niewinnymi panienkami, które doskonale wiedzą, jak mrużyć oczy, by zagarnąć dla siebie miłość. Te osobiste motywy, zmagania, przeplatają się przez niemal większości wierszy, trudno im odmówić wolności. Napisane, by coś się z nich rozwinęło i zostało wchłonięte. Chociaż w tym przypadku córcia wmawia nam, że dopiero się uczy. I zmienia kierunek, stereotypy, przyzwyczajenia, role, na jakie nas stać, gówno wiecie feministki – swoją drogą, uwielbiam. I mam ochotę w tym miejscu krzyknąć: „No właśnie!”. Z miłości zasypiam i budzę się. Tak, to mój wybór. Dlatego lubimy nasze domowe zwierzęta, smak życia, puszystość dywanu.

Czy możemy rozwikłać czas, przekraczając granicę ironii? Znowu mam pociąg, ten rozkład pasuje mi ostatecznie, jak smak antykoncepcji w kanapkach w woreczkach śniadaniowych, niczego już nie zmienię4. No nie, Ewo, w biegu niczego nie stworzysz. Oczywiście to rodzaj tłumaczenia się przed sobą, przed czytelnikami, ech różnice, śmiesznych do bólu brwi, ale dopiero dzisiaj. W życie bawimy się z dala od siebie, ale i tak jest zabawnie przynajmniej z lotu ptaka o czarnym poczuciu humoru5. Mowa o dopasowywaniu, splataniu zbiorowego doświadczenia, konfrontacjach z bezpiecznej odległości. Ewa i jej symbole obyczajowe, kłopotliwa tożsamość lublinianki, przestrzeń kulturowa i projekcje, które, zestawione ze sobą, odbijają się od siebie i znowu zmieniają kierunki.

Rośnie nam dziecko i wspomina wiedźmy, smoki. Śledzi własne dzienniki i poświęca się pisaniu w długie weekendy, czegoś się nauczyła przez te trzydzieści lat. W trakcie lektury wynotowałam rozmaite sentencje, fakty, z których pewnie zrobię użytek, bo poetka daje mi mnóstwo możliwości. Przywraca energię, posuwa naprzód. Taki los czytelniczki. Odkrywam, że płodność stanowi punkt zapalny w niektórych wierszach. To nie może być bez znaczenia. Zastanawiam się, gdzie przebiega granica bólu, jakiegoś nieutulonego żalu paraliżującego istotną część poetyckiej wrażliwości w dobitnych słowach, obrazach. W mózgu jednych rosną grzyby zlepione ze spermy i komórek jajowych. Oprowadzane przez niańkę limfę po ciele paraliżują kręgowy rdzeń. Odtąd ich imiona wiszą na łańcuchu organicznych związków – co noc echa płaczu ostatnich ośmiu pokoleń6. Śmierć znowu zbierze swoje żniwo, trudno nie mówić o tym, co Ewie sprawia frajdę, postanawiam że natalia będzie w moim wierszu pokutą żalem za grzechy sową minerwy chichotem historii ale ona zmienia scenariusz i mówi patrząc w wilgotną podłogę że za kanapą leżą moje majtki i sukienka...7.

Kocham te wiersze coraz mocniej i zastanawiam się, co może mnie jeszcze wprawić w ruch? Czytam, komentuję w głowie i powtarzam zaprojektowane na moją miarę myśli kobiet. W przypadku tej poezji narastające trudności w przeskakiwaniu z obrazu w obraz, z sytuacji w sytuację są regułą. Ewa wplata kosmetyczki, książki, pomarańczowe skórki, sąsiadów i „średnią” Europę. Tradycje, „od świąt do świąt”, matematyczną precyzję języka, fizykę, opinie na tematy szczególne i nieszczególne wypisane z ulotek i bajek dla dzieci. Poetyka tych wierszy nabiera rozpędu. Czy to rzeczywiście nadmiar życia? Obowiązków? Ewa niesie na plecach sieroty całego świata, płacze nad etyką, globalnym ociepleniem, obiega mnie dookoła i zdaje się, że o te ciągłe zmiany kierunków jej chodzi, o niepowtarzalność. A może stawia nas w ten sposób przed sobą i zwraca uwagę na plamkę wątrobową? Nie wiem, czy dźwiganie problemów z całego świata wychodzi Ewie na dobre, ale wierszom owszem.




do lustra


tylko tak napisz wiersz żeby
nie było w nim śmierci
tak napisz żeby mama
była dumna i powiedziała
ooo jak ładnie pasuje
do wieku urody warkocza i miseczki de
do czerwonego paska wlepionego nachalnie
we wszystkich świadectwach przeszłości
do szuflady w biurku zawsze uporządkowanej
do papierosów o których nikt nigdy
nie myślał na poważnie.

tak napisz żeby wnuki których przecież nie będzie nazywały wiersz karmą rodu
sagą przeznaczeniem genetycznym żywym mięsem
słowa, tak napisz żeby pan profesor onanizował się
składnią zdania to-moja-studentka-była, tak napisz
żeby jagna z chłopów okazała się przy tobie
wyrachowaną suką zosia kurtyzaną a oleńka
kochanką radziwiłła
8.



1 Borges, Jorge Luis. Ferrari, Osfaldo. W dialogu III. Tłumaczenie Aleksandra Łuń, Wydawnictwo Helion. Gliwice, str. 223.
2 Tamże, str. 211.
3 Frączek, Ewa. Reorientacje. K.I.T. Stowarzyszenie Żywych poetów, Brzeg 2017, str. 6.
4 Tamże, str. 15.
5 Tamże, str. 17.
6 Tamże, str. 24.
7 Tamże, str. 25.
8 Tamże. Str. 49

sobota, 24 września 2022

Wygłos




Ludzie opowiadają najróżniejsze historie – z życia, z wyobraźni, gdzieś tam zasłyszane. Ktoś ucieka z całym dobytkiem, upycha po szufladach skarpety, nawet nie otwiera oczu. Rozumie świat w prosty sposób. Nic mu nie utyka, nie ubywa. Obudziłam się rano i popatrzyłam na poduszkę obok. Byłam pewna siebie, jak zawsze. Bezpieczna, cała w skowronkach, chociaż za oknem deszcz i ziąb. Nie muszę się odzywać, przechodzić zimy po swojemu. No dobrze, ludzie, całe życie fajnie się przechodzi, kiedy pewność siebie odbija się w lustrach, w oczach, nie odstępuje na krok. Kiedy jednak nosisz w sobie jeszcze kogoś – innej postury, starszego, młodszego, takiego od pierwszego wejrzenia i na całe życie – wiesz, że umieranie przybierze inną formę i nie będzie tylko umieraniem z głodu. Czasami nawet całe to jestestwo wydaje się bezsensowne, a stworzenie czegoś osobnego wręcz niemożliwe, trudne, niesprzyjające. I, mimo że cały czas zapisuję, przepisuję, biegam z notatkami, to wciąż nie da się tego w warstwie semantycznej i pragmatycznej sensownie wyjaśnić. Ująć tak, by nikt nie cierpiał, nie rzygał z bólu do utraty tchu, nie brał pastylek na dobry sen, nie rozstrzygał dnia zanim się rozpoczął, od wewnątrz. I mówisz mi, że to normalne, jasne, prawdziwe, czułe. A ja odwracam się i myślę dalej o teraz, o kiedyś tam, o możliwościach czasu, kiedy mamy go pod dostatkiem. Co wiemy o utracie? Kawałków siebie, czegoś nadzwyczajnego, dni i nocy.

Ucieczka

Sama w sobie bywa czymś kapryśnym. Widzę tylko swój ból. Mówienie o nim jest jak zapuszczanie się w las, gubienie się i nierozpoznawanie miejsc. Pomyślałam, że będę pisała. Przechodziła z dnia w noc, z łóżka do łazienki, z garażu do pralni i odwrotnie. Teraz i tylko teraz. Żadnego planowania, wychodzenia przed siebie, przechodzenia przez myśl, w alfabet ciała, pierwszych spraw. Przejmująca żywotność, udawanie, że poruszamy się po tematach bezpiecznych, bez zawirowań. Niedawno przeczytałam książkę „Mysz Kościelna” Agaty Patralskiej Obarewicz i zaskoczyła mnie silnym uczuciem przywiązania. Nawet przeskakiwanie przez bajora, torfowiska, uciekanie wąskimi drogami, zalesionymi i trudnymi, nie są żadnym ratunkiem. Ból, który czujemy myśląc o utracie czy przywiązaniu, ból lędźwiowy i ten utrzymujący się blisko skroni, jest jakby wzmocnieniem. Sam przekaz staje się mocno istotny i można by pomyśleć, że druga osoba nie jest nam aż tak potrzebna, ale to nie będzie prawdą. Od wewnątrz czuję, że wyrzucam z siebie zdania, notuję, by właśnie ten strach przed utratą utulić, poczuć ulgę, wrzucić na luz. Zacząć prowadzić siebie w to lepsze jutro. Miałam taki zamiar, serio, poczuć przez chwilę wolność, wydrzeć z siebie drugą duszę, nie przypadać komuś do gustu na całego, ale w tych samych sprawach czuć podobnie. Spieszyć się, by spędzić ze sobą chwilkę, dzielić się obłędem, strachem, lekkimi grymasami. Uciekać przed pustką rąk. Znikąd nadziei.

„Wracam do siebie, do miejsca,
za którym tęskniliśmy niejednego dnia.”

Bytowanie, sięganie po siebie za każdym razem, kiedy siedzimy w domu. Bliskość. Przedostajemy się z pokoju do pokoju, ciągniemy się za sobą – bez zapalania światła, bez słów. A przecież jesteśmy przy zdrowych zmysłach. Święci pańscy! Można się od drugiego człowieka aż tak uzależnić? Nie marnować chwil na kace, zwroty akcji, chodzenia po krawędzi, góra-dół?

„Co porabiasz po drugiej stronie?
Jest druga strona?”

Siedzę tu sobie i mogę jedynie napisać, że nie wiem, czy potrafię wyjaśnić całe to ćmienie w głowie, pokonywanie mostów, dróg, zalanych dolin, schodzenie w dół, by zmęczyć się wystraczająco mocno, zapomnieć na kilka chwil o przestworzach, człowieku, z którym mogłabym mieszkać w szczerym polu. Wydaje ci się, że potrafisz nie spuszczać ze mnie wzroku, rąk i godzisz się na mnie całą, w okazałości tykającej. Chyba właśnie od tego się zaczęło, od przystawania o świcie i przyglądania mi się, jak śpię. Do tego wariactwa dochodzi nazwanie mnie „na śmierć i życie”. Powiedziałeś nieśmiertelność i myślę o snach, gdzie czas wbrew życiu jest inny w każdym momencie i pozwala widzieć nas pokonanych, niedorzecznych, opuszczonych, ale obdarowanych wspomnieniami, jakimś lekkim losem.

„A powiedz mi, Kochany,
który mógłby mi Ciebie zastąpić?
Żaden.
I tak mi nikt w to nie wierzy…”

Mówimy do siebie po staremu, kiedy zostaję sama jak palec i mam w sobie ten sam strach, smutek, jakiś koniec. Nic nie biorę na zdrowy rozum, bo przecież w tym wszystkim nie chodzi jedynie o utratę, a o przywiązanie, uzależnienie. Tracenie oddechu i wyraźny strach, że nie odzyskam już głosu, jasnej myśli i wielu innych rzeczy. Fikcji, z jaką podchodzę do ludzkich opowieści. Podszeptów o przytłaczających miejscach, które nasze brzemię wspólnych chwil, akcji, reakcji nie oddala nawet na minutę. Widzieliśmy się na własne oczy. Warto pamiętać o uśmiechu, o świętych pańskich i międzyczasie, w który wikłamy się kilometrami spojrzeń, czułości, rozdrapywanych ran, pytań, niedomówień. I nie ma żadnego końca.

„Ale muszę mieć dom.
Dom pełen naszych książek, zdjęć, kamieni.
Tylko dlaczego bez Ciebie?”

Ha! Te wszystkie wytyczne. Chciałabym, by fikcja była moją szansą, by przeganiała rozproszenie, oczywiste smutki, zależała tylko ode mnie. Była moim hałasem, moim odczuwaniem bez głosu twojego marudnego jęku, kiedy przekładasz strony, kartkujesz powieści i nie odkładasz ich na miejsce.

I prawdziwe poznawanie. Na nowo stwarzanie siebie. Puszczanie w głowie myśli, by skrócić dzień, wypisać się przed zbudowaniem czegoś nowego, równie wartościowego.

„Poczułam się przy niej bezpiecznie.
Nie potrafię opisać Ci tego uczucia,
ale podobny rodzaj spokoju
nabywałam przy Tobie.”

Spokój

Bez intelektualnej pustki, niejasności, zamyśleń, potoku łez. Czy to jest w ogóle możliwe? Nie pogrążać się w pozaracjonalnym smutku i tak zwyczajnie móc oddychać?

„O co chodzi w życiu?
W jeden worek wrzucone ludzkie losy,
czy jednak każdy ma coś innego do przerobienia?
Dlaczego tak wielu ludzi tylko jest?”

I dlatego żyję w wiecznej obawie. Nie potrafię słuchać gadek: zrelaksuj się, zapomnij, wybacz, nie spiesz się, wrócisz jeszcze do żywych, nie zniechęcaj się, cierpienie wyzwala. Chyba tego jeszcze nie zarejestrowałam na takim poziomie, by to wszystko właśnie tak pojmować. No dobrze, żyć własnym życiem, problemami, bez głowienia się, dokąd pójść i kogo ratować. To żadne miłosierdzie, kiedy i tak nie czuję się wolna. Strumień świadomości. Byłam pewna, że miłość to nie wszystko. Byłam skłonna uwierzyć w astrologię i ułożyłabym nawet kilka pasjansów, gdyby rzeczywiście dawały odpowiedź, ulgę, niezależność. Miłość do utraty tchu, uzależnienie, to ściskanie w dołku, kiedy czujesz w sobie cierpienie ukochanej osoby. Miłość nie do uwierzenia. Zagadkowa, nieuchwytna, kiedy rozpływa się w codzienności i jedynie pozostaje w pamięci, w ulotnym zapachu ubrań, we wspólnych rzeczach, których nie potrafię się pozbyć.

„A ja pomimo spełnienia w pracy,
bo książki oddychają za mnie,
nacierają sensem dzień,
no więc, pomimo tego spełniania,
nie wiem, jak zignorować tę pustkę,
jak ją obłaskawić?’’

Agata pozostawia przejrzysty obraz czytelnikowi. Całe to uzależnienie nie ma rozmiaru, można się jedynie z nim pogodzić, nie litować się nad sobą, ale dobrze spożytkować czas. Przed odejściem stworzyć coś dobrego, coś, co wyrosło z miłości, z uśmiechu, że wspólnego wyciągania rąk. Wydaje się, że tęsknota nie ma końca, ale może kiedyś stanie się echem. Cienkim i delikatnym wspomnieniem.


Wszystkie cytaty pochodzą z książki „Mysz kościelna” Agaty Patralskiej Obarewicz





wtorek, 17 maja 2022

Zadawanie się z ludźmi





Myślę o wybaczaniu. Co wybaczacie łatwo? Komu i dlaczego? A może nie wybaczacie nigdy albo wybaczacie, ale pamiętacie? Jeżeli chodzi o mnie, wybaczam proste sprawy, ogólnie nie zaprzątam sobie głowy drobnymi uchybieniami bliskich i znajomych. Wybaczam nieświadomym, ale nie chcę mieć z nimi kontaktu, żadnych spraw i sprawek. Na zaczepki odpowiadam uśmiechem i z szacunkiem, ale nie pozwalam podchodzić zbyt blisko, nie mam już zaufania, nie podejmuję prób. Nie wybaczam głupim ludziom, trzymam się od nich z daleka.

Oczywiście bywa i tak, że utrzymywanie dystansu jest niemożliwe, kiedy pięć dni w tygodniu spędzasz czas z osobami, które nie przestrzegają reguł, dobrych obyczajów i przede wszystkim nie mają świadomości społecznej. Zdecydowanie twierdzę, że nie zostali właściwie wychowani. Możliwe, że rodzice tych dorosłych już ludzi nigdy nie zauważą, że ich dzieci nadużywają przemocy. Przecież chodzą, jedzą, kupują różne dobra i tylko przy okazji bez litości wywierają na innych nieprzyjemny wpływ. Nie kąpią się często, a przebywanie z nimi w jednym pomieszczeniu zbyt długo jest nienaturalnym wysiłkiem.

Jednak większości moich znajomych wybaczenie przychodzi z trudem. Kiedy zaczynamy rozmawiać o sprawach fundamentalnych – wybaczamy, ale nie zapominamy i unikamy ludzi, którzy zawiedli. Są tacy, którzy uważają, że z wiekiem łatwiej zrozumieć drugiego człowieka. Nie wiem… Widocznie jestem jeszcze bardzo młoda, mi nie przychodzi to łatwo, wręcz mam wrażenie, że w ogólnie nie przychodzi. Są takie sytuacje, kryminalne, kiedy lekarz zwleka z operacją i mały pacjent umiera. Tak, mama dziecka napisała, że nie jest jeszcze gotowa, by wybaczyć. Zbyt mocno wciśnięty w siebie żal trudniej uzewnętrznić i lekko oddychać. Czasami czeka się na przebaczenie, by pójść dalej, nie zarosnąć emocjami, które nie są ani przyjemne, ani zrozumiałe.

Trauma przyspiesza oddech. Cierpka w smaku. Łatwiej wybaczamy sobie, bo ile można znosić palący ogień? Klepię się po policzku i daję spokój z tym całym uwikłaniem w przewinienia. Zdecydowanie trudniej jest wybaczyć złą wolę komuś, dlatego kiedy bezpowrotnie mija jakaś relacja, która wydawała nam się prawdziwa, twarde lądowanie powoduje, że na nowe spotkania spoglądamy z przymrużeniem oka. Nie jestem wielkoduszna i chociaż jest mi przykro, kiedy znajomi opisują trudne sytuacje, które ciągnęły się w ich życiu latami i wybaczali, by móc zrobić następny krok, ja nie potrafiłabym zepchnąć tych wszystkich emocji ze skarpy. Czy wybaczanie musi kojarzyć się z przemocą? Zdecydowanie. I nie chodzi o to, by żyć w gniewie czy nienawiści, tylko że ktoś w jakiś sposób strzelił do nas i wciąż nie możemy się z tym pogodzić. Ja nie mogę. Znajomy napisał: „Wybaczanie dobrze idzie buddystom. Bez względu na to, co zrobisz bądź pokorny. To jest moim zdaniem klucz do określenia swojej postawy. Buddyści szanują postawę postrzeganą jako komfort osobisty. Gdy idziesz sobie drogą polną, podziwiasz świat, nagle potykasz się o kamień na drodze i wybijasz sobie ząb. Wybaczasz kamieniowi czy swojemu niezdarstwu?” I tak, wybaczam sobie, że zaufałam nieodpowiednim ludziom, jednak, kiedy nie mam wpływu na otoczenie, trudniej mi wyrazić zgodę na pewną niekompetencję osób i niestety okropnie mnie to rozpręża. Powoduje, że wchodzę zbyt ostro w zakręty, jestem zbyt nerwowa i nie czuję się z tym dobrze.

Zawsze przekonuję się na własnej skórze o ludzkich wilkach. Dlatego milczę, czasami wręcz udaję niekompetentną, źle poinformowaną i wtedy wewnątrz siebie czuję się bardzo dobrze. Żadnych efektownych intelektualnych wypieków, dzielenia się z ludźmi, którzy lubują się w literackich zakalcach. To doświadczenie, z dystansu, pozbawiło mnie złudzeń, że można się przyjaźnić bez niepotrzebnych emocji i zależności literackich. Gwałtowność. To ona zmienia nas w potwory. Oczywiście nie lubię rozmemłania i różnego rodzaju grupek wzajemnej adoracji. Eliminuję rzeczy nieważne, miałkie. Doskonalę się, skupiam na tym, co w tym momencie mnie zajmuje najbardziej. Dlatego najchętniej rozmawiam o fikcji. Fikcja bywa podobna do beznadziejnej realności, odczuwalna po chamsku i dająca nieźle w kość. Bywa również tworzona przez najróżniejsze osoby za pseudo-życiem, pseudo-szczęściem. Fikcja to różne salta, fikołki i przeskoki. Ludzkie zawierzenia i błędy. Zaświaty, wchodzące pod kołnierz biedronki, stonki, fikcyjne pająki. Białe maki, zielone oczy, rude loki. Botaniczna woda, alienacja i smak wyobraźni. Fikcja, moi drodzy, bywa warunkowa, kiedy szmal się nie zgadza, a ludzie w moich oczach walczą o coś. Fikcja przytłacza, fikcja znosi na margines, wypycha na klif, w głębię oceanu. Fikcja, to nie tylko zmyślenia, ale również jutro podszeptywane w wolnej chwili. Kwitną nam fikcje zielone, fuksjowe i fantastyczne.

Patrzę, jak napełniają szklanki, nie mają nic do powiedzenia i nie mam pewności czy rozmowy ze mną nie są szklistym odpływem w ich oczach. Zza stołów, wygodnych foteli nadal się uśmiechamy. Wędruję w miejsca o niewczasie. Słyszę: Bóg im wybaczy, choć właśnie ukradli mi bagaże, dżemy od mamy. Nie żałuję, że zapominam o troskach. Przelatują kółka dymu i rozpływają się w powietrzu. Opowiadają, że nie ma granic, ale kogo to obchodzi? Owce rozciągnięte na trawie naśladują miny turystów. Szkodniki błąkają się po opuszczonych norach. Nie musicie wszystkiego wiedzieć albo zakochać się na śmierć. Siadam w miejscach, gdzie można spotkać nosorożce. Najchętniej słuchają muzyki, którą dla nich komponuję. Mimo że są ciężkie, tańczą. Marszczą nosy, trzęsą się z zimna, bo na wyspie pogoda zamienia kwadranse w deszcz. Wtedy czuję, że mam w sobie świat. Jakąś zakaźną chorobę, wybaczenie.


Tłumaczę się z twoich wierszy, zdjęć,
jakby były wszystkim, co po sobie zostawiłeś.
Powtarzałeś, że jesteśmy nieistotni. Związani strachem,
walką na śmierć. Bardziej współcześnie,
powinnam przygotować wykres opadających krwinek.

Cybernetycznie podejść do kropek i kresek, kolorów.
Zanim ziemia zajmie wszystkie kwaśne jabłka.
Wyjaśnię przestrzeń pomiędzy enterami.
Spodziewałam się znaków, momentu rozpadu,
jakiejś niestabilności, jak w życiu.

Nie będzie już okazji do wyznań, kryzysu,
po którym bylibyśmy bardziej zamknięci.
Wcześniej ukąszenia, zadrapania zbliżały nas do siebie.
Pocieranie powiększa plamy.

Jedynie powietrze utrzymuje równowagę.
Wziąć kilka oddechów, głęboko.
Wczuć się w lekkość piosenki, którą nucą rybacy,
dodają sobie siły. Pokonują lęk przed spadaniem.

Od nich uczę się wolności. Być może nie czas na powroty,
chwyty, które puszczają. Utożsamiam się z tobą,
chociaż nie umrę na niestrawność. Otworzę szerzej drzwi,
nie jestem głodna.


Październik 2018

piątek, 14 stycznia 2022

Liryczni mężczyźni, spokój oceanu i dzika okolica







Do okna przywołały ją niespełnione marzenia. Dźwięk, którego nie potrafi nazwać, powtórzyć tak, abyś mógł rozpoznać autora. Powinna odstawić kawę i miód. Przenieść się na obrzeża miasta, gdzie wielu z was przenosi się na starość, albo kiedy ma dość trzaskania drzwiami. Ci, których zna, trochę piszą, śpiewają, jurorują. Noszą dredy i nie wiedzą ile ma osobowości. Właściwie to nie chce tam mieszkać, zbliżać się i oddalać, jakby ludzie odbijali się albo krążyli po zewnętrznej zaściankowych myśli. Cały czas coś pisała, pomiędzy różnymi pomysłami wychodziła i szła przed siebie, pod górę. Przechodnie szeptali na jej widok, a ona uśmiechała się, jakby jej wielkoduszność odmieniała żywioły.

Pamiętam nasze pierwsze spotkanie. Przyjechałam do Nowej Rudy w lipcu 1988 roku. Jej mama miała czarne długie włosy. Nosiła proste spódnice i nieustępliwym głosem odczytywała regulamin kolonii. Apodyktyczność, z jaką zwracała się do mnie, sprawiała, że nie chciałam już tam być. Postanowiłam napisać list do domu, aby mnie natychmiast stamtąd zabrano. Zaciskałam pięści i puchłam do czerwoności, parskając co chwilę. Nie odpowiadałam na pytania, jakbym nie potrafiła sformułować najprostszego zdania. Dwa tygodnie. Dwa tygodnie z nadętą brunetką i jej córką. Oczywiście inne grupy miały uśmiechniętych wychowawców, którzy z entuzjazmem oprowadzali kolonistów po szkole. Dzieci zanosiły się od śmiechu, kipiały energią. My byłyśmy toporne i zamknięte w sobie. Ostatnie pod prysznicem, ostatnie na śniadaniu, ostatnie dla wszystkich. Jak na złość, dzieciaki zaczepiały mnie i dopytywały się, jak to jest mieszkać z dyrektorką kolonii i jej córką, co nas łączy i dlaczego wciąż chodzę z Lilką za rękę, nawet do toalety. W sumie niewiele ze sobą rozmawiałyśmy, ale w tym dusznym powietrzu było coś, co nas do siebie przyciągało. Jej opalona skóra, ukryte przed mamą papierosy i komiksy dla dorosłych. I fakt, że mogłyśmy ciut więcej od innych. List do rodziców ukryłam na dnie walizki. Właściwie to dwa tygodnie minęły nam na pieszych wycieczkach w góry, na wąchaniu świeżo ściętego drewna i zapisywaniu wierszyków na metalowej bramie szkoły. Wiedziałam, że będę tęsknić za jej twarzowym pieprzykiem i dojrzałym wyglądem. Pomyślałam, że nie było tak źle, i obiecałam Lilce: Za jakiś czas wrócę.

Właściwie to nic się nie wydarzyło. Odbywałyśmy narady przy herbacie i przez większość czasu gapiłyśmy się w okna budynku naprzeciwko, gdzie drzwi były zabite deskami. Snułyśmy zabawne opowieści, kto tam mieszkał, z kim spał, jak przeciągał się w oknie. Ile miał kotów, butów i książek. Nie, to nie były zabawne historie. Lilka chciała wywoływać duchy, ale zostawiłyśmy to na później. Później okazało się, że dom został sprzedany. Pisywałyśmy do siebie listy – kartki w linię spryskiwałam perfumami mamy. Po jakimś czasie napisała, że do opuszczonego domu wprowadziła się rodzina z piątką dzieci. Trzech chłopców i dwie dziewczynki. Kupowałyśmy pocztówki i słałyśmy do siebie wdzięczne słówka, jedwabiste uśmiechy. Z miesiąca na miesiąc coraz rzadziej. Miałyśmy dla siebie zrozumienie. W domu założono telefon, więc każdego ranka i dzwoniłam do Nowej Rudy pod numer 46 28, łączyła mnie Grażyna z międzymiastowej, którą poznałam na spływie kajakowym. Grażyna łączyła nas za darmo, więc przegadywałyśmy z Lilką zajęcia z historii i w pierwszej klasie liceum plastycznego musiałam zostać na drugi rok. Mniejsza o strapienia. Nie mogłam już tak często dzwonić do Nowej Rudy, rodzice postanowili rozluźnić moje poczucie przynależności do tej noworudzianki. ­

Kiedy wyjechała na studia do Wrocławia, przestała pisać. Poznałam Paddy’ego, Lilka Piotra. Wyjechałam do Belfastu, ona wróciła do Nowej Rudy. Miała odsłonić szerszy dramat małej społeczności. Napisać książkę, odpowiedzieć na wszystkie pytania z młodości. Wychodzić na ulicę i polować na tych, co dręczą koty. A ja cóż... Bez przerwy odpowiadałam na pytania, jak to jest mieszkać w Belfaście. To mi trochę przypominało moment kolonijny, ten, w którym przewracałam oczami, kiedy trzymałam Lilkę za rękę i modliłam się, by uciec z krzyżowego ognia pytań. Uciec od wścibskich przeszywających spojrzeń i domysłów.

Dlatego przenieśliśmy się do Republiki, żeby żyć w trochę zdrowszym świecie i – jak napisała Lilka w jednym z listów – by nie czuć się jak w celi. Żywopłot. Miękki, równo przycięty. Jeszcze zielony, ale bledszy, taki listopadowy. Co się zmieniło? Dostaję spam: Hiszpański w zasięgu ręki. Oczywiście nie mogą wiedzieć, że na angielskim siedzę pomiędzy Hiszpanem i Pakistańczykiem, że czasem utniemy sobie pogawędkę o początkach tutaj. O królu Carlosie, który już nie króluje, o tym, jak wypędził tysiące Hiszpanów na emigrację. A kto mnie wypędził? Wyjechałam z własnej woli. Dziwię się, oni się dziwią. Mark, Pakistańczyk, nie rozumie zamieszania w Polsce, bagna, haseł wznoszonych przez moich rodaków.

Tłumaczę, że Polska to duży kraj, że ludzie są różni, że większość jednak słucha disco polo, jak muzułmanie swojego rapu. Coś ich zniża, ciągnie do radykalnego myślenia, coś tępego w głowie. Mark dobrze zna historię Polski, jego brat studiował w Poznaniu. Nie możemy dłużej rozmawiać, bo obok siedzi obrażona na wszystko i wszystkich Polka, która głosowała na Kukiza. Warczy na mnie, że rozmawiam z brudasami, że zakłócam jej rytm. Nie mogę na nią patrzeć, jak zwisają jej tłuste strąki czarnych włosów, nerwowo stuka długopisem o blat stołu. Świdruje oczami ścianę gdzieś obok, nie patrzy w oczy ludziom. Wzdycha i mamrocze pod nosem, kiedy mówię, że Polacy na emigracji nie powinni głosować w wyborach parlamentarnych w Polsce, a raczej angażować się w działania kraju, w którym mieszkają, gdzie płacą podatki i odkładają składki na fundusz emerytalny. Jej twarz pęcznieje i rumieni się za każdym razem, kiedy z Markiem wybuchamy śmiechem. Przeszkadzają jej wegetarianie, zaręczeni chłopcy, zielony, wilgotny dzień. Mieszka tu od dziesięciu lat i nie ma znajomych Irlandczyków, uważa, że są niemili i aroganccy.

Dziwię się, bo spotykam się z niezwykłą życzliwością i przyjaźnią. Więc opowiadam o muzyce, wspólnym śpiewaniu. O sąsiedzie, który wymalował nasz płot, o zapachu drożdżowego ciasta w ramach rewanżu. O przyjemnościach, gdy wygrywamy mecz w rugby i świętujemy wspólnie Halloween. Wracam do domu. Na półce leżą kupony na wyścigi konne. Zaproszenie na aukcję dobroczynną. Urzędowe pisma do landlorda. Kilka zbutwiałych tomów poezji. Na ścianie wiszą reprodukcje Hoppera. Ogień migocze w stovie. Słyszę odgłos młynka do kawy, aromat, szum ekspresu. Doszukuję się w tym życiu cudowności, połączenia poglądów. Mówię językiem Yeatsa, językiem męża Konstancji Markiewicz. Niemniej cieszę się z tego spokoju, wolności i regularnych poranków. Brzęczenia drozdów, codziennego: How are you?

Wszystko jest piękne. Lilka została znaną pisarką, ja utalentowaną marudą. Pomrukuję na szalonych kierowców, wyzywam ich od jełopów. I wciąż wracam do noworudzkich dni. Małomiasteczkowego krajobrazu, sezonowych dekoracji. Pozbawiona przesądów, trzymam pędzle w słoikach po fasoli. Farby pod schodami, razem z woskami i terpentyną. Otóż przypomniałam sobie opowieści Paddy’ego o urodzinach w obrządku anglikańskim, ale może o tym innym razem. W bajce o zakazanych słowach, powiedzonkach i balladach.



Zamknięci



Woda. Nasiąkanie piasku i żwiru, od źródła.
Trwale wydziergane liście. Trawione przesądami.
Podobno istnieją święci, którzy w przemytych oczach
chorych dzieci - widzą. Różowe figurki z koroną
na głowie.

Krwawe sceny klasycznych filmów. Tunele. Przetarta skóra
na kolanach. Tylko dlatego, że uwierzyłaś w magiczną moc
bezksiężycowej nocy. Nucisz bezustannie skoczne melodie.
Mieszają się z wyciem psów, trzaskaniem drzwi, niezmiennością
odgłosów miasta. Jakby błękit wtarł się w ziemię. Spowił mgłą.
Zakpił z codziennych czynności.

Zwykłe historyjki albo te rozhuśtane, podobne do naszych dzieci.
Bawią się owocami głogu, grudkami gliny. Umorusani po kostki
zielonym mchem. Mówisz, że na skraju łąki wydeptane owcze ścieżki
rozjadą się w czasie deszczu.

Patrzę, jak cienie ze sobą walczą. Ocierają dusza o duszę.
I wymawiam imię pierwszego właściciela ziemi, rozcieram w palcach
pył. Unosi się mgła, opadają nieskomplikowane kryształki słów.
Jesteśmy sobą. W wyobraźni jeździmy na butach
po płyciźnie zmrożonego jeziora. Zanim zacznie kruszeć i pękać lód.
W głowie, w penetrującej ułudę wyobraźni.