środa, 20 maja 2026

Aga Zano, czwarte wymieranie

 


Pisząc o Czwartym wymieraniu Agi Zano, mam wrażenie, że dotykam ciała zbudowanego jednocześnie z warstw geologicznych i językowych. Ten zbiór – cykl wierszy, opowieść w formie fragmentów, porusza się między humusem a rdzą, między szkliwem oka a pyłem opadającym na mchy. W martwej naturze ze szpadlem język rozpycha się w głąb: posiniałe zęby radzieckich motocykli, obce zdjęcia, cudze zeszyty, materie rzeczy i materie pamięci, które można próbować ułożyć, choć wiadomo, że powstanie z tego konstrukcja chybotliwa, jak wspomnienie.

To nie jest opowieść w stylu Tranströmera, gdzie przedmiot błyska olśnieniem ciszy. Tu przedmiot jest ciężki, brudny, od środka spróchniały, a jednak niesie coś na kształt życia.

Santa Rita da Cascia ciało przyjmuje w siebie odpad: drut, żużel, pszczołę. W środku pojawia się terrarium z żabą, która strzela językiem w cień człowieka – gest jednocześnie komiczny i złowrogi. To surrealizm, ale nie eskapistyczny; raczej taki, który osiada w gruzie i z niego wyciąga dowody. U Zano absurd jest organiczny, jakby wyrastał z cegły, a nie z marzenia.

W kolejnych wierszach przyroda staje się świadkiem i uczestnikiem katastrof. W Pomerania I i z katechizmu ryby dostają nóg, kuny łysieją, trzmiele stają w szeregu. Świat nie odradza się w rajskim porządku – raczej w grotesce i nadmiarze. Jest tu coś z biblijnego katalogu stworzenia, ale przepuszczonego przez czarny humor i język rozkładu. Myślę o Amosie Ozie, ale w wersji, która nie chce ani się wzruszać, ani pouczać – raczej patrzeć, jak ziemia kpi z naszych pomników.

Wiersze oznaczone jako Pomerania I–IV mają pejzaż zarówno geograficzny, jak i psychiczny. Otwierają się ruchem przyjazdu i wygnania:

(…) na początku był pociąg 
i nie było nic przed pociągiem
nic przed tym miejscem gdzie 
wyrosło dla nas tyle pustych kamienic (…) (Pomerania II)

To historia zasiedlenia i przesiedlenia w jednym oddechu; dom pojawia się tu razem z wymazaniem tego, co było wcześniej.

Później ton się ochładza, pejzaż pustoszeje:

a w pierwszy chłodny dzień
mewy przejmują miasto
nie żeby było co przejmować (Pomerania III)

eros/chthónios przenosi ciężar w stronę architektury ciała: pragnienie, żeby nie być z mięsa, lecz z poniemieckiej cegły, ze stalowych belek, z antracytu. Zakochać się w moście, w zajezdni, hodować małe tramwaje i żuć szkło. To nie poetycki ornament, ale uczciwe marzenie o materii, która nie gnije. Bonnefoy mógłby zobaczyć tu ślad swojej rozmowy z ruiną, lecz Zano posuwa się dalej: ruina jest kochankiem, karmicielem, a czasem jamą do spania.

nabyte – to rozproszenie, wyjęcie fundamentów spod całej konstrukcji. 

nie mam ci do powiedzenia 
nic prawdziwego 
nie wiem gdzie się zaczynam
a gdzie kończę (...)

koniec bez pointy, jak pęknięcie, które nie boli, bo nigdy się nie zamknęło. Znika wszelka ozdoba, zostaje sama kość mowy, pamięć puszczająca kaczki po wodzie, martwe zwierzę z przyprawionymi oczami. Jakby po całym cyklu nie było już możliwe żadne stwierdzenie ostateczne – jedynie unoszenie się w półprawdzie.

Pomerania IV i dziedziczne wprowadzają ton rozrzedzony, lecz uderzający. Pomerania IV jest zimowe, lekko zamglone, po sezonie, wśród pustych bud i pordzewiałych szczęk. Wszystko purchleje, topnieje, zapada się w mokre grudy, a w tę lepką breję schodzi się jak w intymne nasze małe nigdzie. To nie pejzaż nostalgii, lecz przystanek w obumierającym krajobrazie, który paradoksalnie zostaje w pamięci najdłużej.

dziedziczne zamyka cykl jak pytanie rzucone w ciemność. Kobieta skubiąca tapetę w suchej wannie, przy białym szumie radia. Zano pyta: a jeśli nic sobie nie mówiła, czy to coś zmienia? Ten brak domknięcia jest ostatecznym gestem wobec całości; zostawia mnie w stanie zawieszenia, w którym cykl wcale się nie kończy, tylko odsyła z powrotem w swoje wcześniejsze warstwy, zamiast pozwolić mu odejść.

Czwartym wymieraniu wszystko jest gęstsze, mniej przezroczyste, bardziej sprasowane. To język, który nie boi się rdzy ani gnicia, a jednocześnie trzyma w sobie dziwną, wykręconą czułość.

Piszę to z poczuciem, że ta książka działa jak warstwa humusu, nie błyszczy, ale karmi, nie daje jasnego obrazu, ale podtrzymuje istnienie. Z każdą kolejną lekturą coś w niej zaczyna kiełkować: niepokój, bliskość, lekko żrące zrozumienie, że świat, chociaż wymiera, zawsze zdąży jeszcze raz się odrodzić, choćby w postaci liszajów, gwoździ, odłamków szkła.


Aga Zano
czwarte wymieranie
Wydawnictwo Warstwy
Wrocław 2025


3 komentarze:

  1. Zupelnie nie znam tego cyklu wierszy.

    OdpowiedzUsuń
  2. Mam nieodparte wrażenie, że jest dobra ale nie wystarczająco dobra.

    OdpowiedzUsuń
  3. The way you capture the gritty, tangible atmosphere of this collection is so captivating. That line about language pushing into the depths between rust and moss really highlights just how heavy and grounded Zano's imagery feels. Loving a landscape that is raw and rotting instead of polished or peaceful feels like such an honest, haunting take on human memory. You have a wonderful way of analyzing poetry that makes me want to pick up the book right away.

    OdpowiedzUsuń