niedziela, 4 stycznia 2026

Staszek Kalina Jaglarz - historia jednego wiersza, wiersz jako proces przemiany

 


Zachwycił mnie wiersz, nie znam tytułu, nazwałam go, monolog Konrada – Staszek Kalina Jaglarz. Nie tylko mierzy się z niewysłowionym bólem, ale również oddaje hołd naturze, zwierzętom i samej egzystencji, w jej najmniejszych formach, komórkach, które tworzą ciało i życie. Już na samym początku pojawia się motyw zapomnienia o ciele, które w swojej fizyczności staje się jednocześnie przestrzenią dla miłości do tej zmysłowej, nietykalnej części świata. To nie tylko pytanie o to, kim jesteśmy, ale o to, jak łączymy się z tym, co nieożywione, i jak wnikamy w cykle, które determinują nasze istnienie.

Motyw zwierząt w wierszu jest zarówno emocjonalny, jak i filozoficzny. Z jednej strony Staszek Kalina Jaglarz przedstawia wygnane ze wsi psy ziające na poboczach drogi, co jest obrazem odrzucenia, zepchnięcia na margines, a z drugiej strony, w wersach o pragnieniu deszczu i dżdżownicach, poeta zwraca uwagę na głęboką więź z życiem, które wykracza poza formy ludzkie. Te dżdżownice to nie tylko postaci z ziemi, to część wielkiej spirali życia, która jest w nas, w każdej komórce ciała, w każdym ruchu, który przeżywamy. W tej wizji ziemia nie jest tylko tłem, ale prawdziwym żywicielem, miejscem, w którym życie się rodzi i umiera, w którym możemy znaleźć swój własny rytm.

Wiersz stawia nas naprzeciw samej egzystencji w jej pierwotnej, organicznej formie. Jak mówi poeta: pragnę deszczu, który uwikła mnie w ziemię, nie chodzi tylko o fizyczną przyjemność, ale o pragnienie bycia częścią tego cyklu, by być częścią natury, w której każdy element, nawet ten najmniejszy, jest niezbędny. To miłość do ziemi, do tych najprostszych organizmów, które pomagają w jej odnowieniu, stają się częścią nieskończonego krążenia życia. Tak jak dżdżownice wychodzące na wierzch jak wezbrana żyła, również i my w swoich mikroskalach, jako komórki, jako organiczne jednostki, jesteśmy częścią tego samego obiegu życia. To nie tylko miłość do natury, to akceptacja, że nasze istnienie jest niezrozumiałe bez tego, co najmniejsze i najprostsze, co odbywa się bez naszego udziału, a jednak nas kształtuje.

Wiersz łączy w sobie czułość wobec zwierząt, natury i własnego ciała z głęboką refleksją nad sensami istnienia. W tym rozrachunku natura staje się bezwzględnym nauczycielem, a zarazem źródłem miłości, która nie wymaga słów. Mam pięść jako oko wołu, to porównanie, które nie tylko oddaje ciężar fizycznej egzystencji, ale i wzajemną zależność między człowiekiem a zwierzęciem, między tym, co ludzkie a tym, co naturalne, co pozbawione ludzkich pragnień i tęsknot. Poeta nie stawia siebie ponad naturą, raczej dostrzega, że jesteśmy z nią zintegrowani, w cierpieniu, w pragnieniu, w miłości do wszystkiego, co żywe, a zarazem przemijające.

Staszek Kalina Jaglarz nie tylko pisze o cierpieniu i przemijaniu, ale przypomina, że to, co jest przemijające, nie musi oznaczać braku sensu. Wiersz ukazuje zatem miłość do zwierząt, do ziemi, do życia w jego najczystszej formie. To miłość, która nie ma pretensji do wieczności, ale istnieje w cyklu, jak komórki w ciele, jak dżdżownice w ziemi, jak każde drobne życie, które stanowi część większej całości. Każdy wers jest gestem oddania się tej prostej, ale głębokiej więzi z naturą, której obecność w nas jest zarazem piękna i nieuchronna.

Ten niezwykły liryk, to nie tylko zbiór obrazów, to także próba zrozumienia siebie w świecie, który zdaje się wymykać spod kontroli. To wiersz, który nie szuka pocieszenia, nie obiecuje żadnej nagrody za cierpienie, lecz, jak każda dobra poezja, wyzwala w czytelniku głębsze zrozumienie ostatecznego stanu ludzkiej egzystencji: w nieustannej zmienności, w nieuchronnym upadku, ale też w obecności, która wykracza poza fizyczne ograniczenia.


czwartek, 19 grudnia 2024

Globula Boka - o wierszach Bianki Rolando


 



Kiedy stałam nocą w Odessie na plaży Morza Czarnego i wpatrywałam się w niebo, zastanawiałam, ile istnień pochłonęła czarna głębia. Czasami źle się z tym czuję, kiedy nie potrafię się oderwać, a może wyrwać z siebie wątków wyczytanych z książek, ludzi, ich historii, przeżyć. Jest taki wiersz Bianki Rolando „Argo"[1] o podróżującej w przestrzeni łodzi. Jest w zasadzie otwarciem gwiazdozbioru, przestworza, jego wspaniałości i nieskończoności. To czytanie przypomina mi jeszcze inny moment nad Morzem Korynckim — rozpoznawanie gwiazd, wyobrażanie, jak się tworzyły, rodziły, układały. Zamysł poetki jest kierunkiem w czytaniu, ale wydaje mi się, że to też przyzwolenie, by w interpretacji skorzystać z własnego doświadczenia i pojemności umysłu, jaka tworzy się w człowieku dzięki obejrzanym obrazom, przeczytanym historiom, dotknięciom. To dodaje mi odwagi, by poszukiwać własnych odnośników. Podszeptuje, jak odkrywać tajemnicę, gwiazdozbiór po gwiazdozbiorze. W obrazach, rzeźbach, całym osobistym wachlarzu spotkań w muzyce i wszechświecie. Mam tych przeżyć ogrom, tak samo jak podróży w niezaliczone zakątki świata, wędrówek po muzeach, galeriach. Wpatrywanie się w obrazy, mozaiki na podłogach, malowidła na ścianach i wszędzie, dosłownie wszędzie, spoglądanie w gwiazdy. Odnajdywanie i nazywanie. Za każdym razem na nowo napływają do mnie znaczenia, fragmenty książek, publikacji. Bogactwo literackie nie tylko unaocznia, jak wciąż zbyt mało wiem, co inspiruje ludzi, czy wyłania się z antyku, a co pochodzi od zapachu, smaku czy w wchodzi w czystą fizykę. Ale akcentuję, że sztuka zawsze była dla mnie otwarciem, przejściem do kolejnego odczuwania. Stawanie przed obrazem i rozkładanie go na czynniki, wchodzenie w cudzą skórę, czytanie z niego, interpretowanie wejść i wyjść. To jest rodzaj przywileju. Podziwiam Bianki umiejętność pisania o barwach, pęknięciach, cieniach — jak się układają, co wskazują, gdzie się zaczynają, a gdzie kończą, kogo przypominają, ile lat mogli mieć pasażerowie i czy cisza, która ich otula, jest tą samą ciszą, którą właśnie odczuwam. Każdy poetycki zapis, obraz składa się z warstw, szlaczków i możliwości interpretacji. O scenariuszach wiem niewiele, chociaż powinnam więcej. Studiowałam przez ostatni rok najróżniejsze sposoby pisania scenariuszy filmowych i animowanych. Śmieję się, że jednak wolę realizować cudzy plan niż własny. Może dlatego łatwiej mi jest wejść w to zacięcie autorów. W tajemnicę Poliszynela. W linie i kropki, które są zaczątkiem sceny, która odbywa się w przestrzeni lub tylko w płynie mózgowym. 

Podróżuję i niesie mnie w głąb, na fali antycznych przypowiastek, pieśni, scen, na fali wiatru, jakiejś chwili. Mrocznej i miłosnej. Innym razem lekkiej, a zarazem nie przenikliwej, bo kiedy my śpimy, ona zestawia rano z południem, krew ze słowem pomywaczki. Czym jest władza, śpiew, przyroda? Czym bogactwo, a czym sława? Coś nas dzieli, rozdziera, kończy nagle i stajemy przed sobą — jak kiedyś — nadzy. Książkę poetycką Bianki Rolando owiewa tajemnica. „Stelle” to piękna poetycka opowieść — podróż. Artystyczny język, słodki i gorzki, pełen postaci, próśb i malowniczych zdarzeń, którym jako czytelniczka mogę się przyglądać i podziwiać. Brać dla siebie i do siebie, wszystko zależy od tego, czy patrzymy w tym samym kierunku. Znalazłam się w tej opowieści z własnej woli, mam nadzieję nauczyć się od autorki patrzeć i czuć, wnikać w człowieczeństwo na podobnym poziomie i odnajdywać odpowiednie formy. Wiele razy zastanawiałam się, czy nie myślimy zbyt ciasno o sztuce, dopasowując się do potrzeb środowiska albo do tego, co nam wystarcza. Oczywiście znajomość arkanów fizyki, astronomii, historii sztuki pozwala pewne sprawy usystematyzować. Wtedy opieramy nasze poglądy na wiedzy. Jasno formujemy odnośniki i bez ograniczeń rozmawiamy o organicznej cząstce poezji. Ogromnie lubię w poezji mrok, szczególnie o zaokrąglonych kształtach, tak sobie go wyobrażam i tego domaga się mój umysł, który już dawno przestał się we wszystkim doszukiwać logiki. Czymże jest w końcu logika, skoro kieruje mnie w stronę rozumności? Dlatego na potrzeby czytania poezji i interpretowania sztuki porzucam wszelkie logiczne sposoby poruszania się w przestrzeni kreatywnej. W asymetrii i analogii. Przechodzenie przez życie jest dla mnie jak pojawianie się gwiazdozbiorów. Czas ich widoczności, odczuwania, tworzenia. Ryby są mi szczególnie bliskie. Towarzyszą przez większość życia, mogłabym się wpatrywać w ten moment w nieskończoność, ale wiem, że umrę i wtedy ten moment będzie moją tajemnicą. 

„(…) – Ja jestem bezpański pies, a ty jesteś jaszczurką wnikającą do ust, 

niosącą sycący blask, a ty jesteś pokaleczonym ptakiem błogosławieństwa (…)”[2]

Rany, Bianko, płaczę, kiedy docieram do sedna twoich słów, do słów pieśni, pękających skał. Zapuszczasz we mnie nasiona, które toczą się w słowach wiersza, tonę w ich fali, drżę w uniesieniu. Może to zbyt patetyczne, ale czyż życie nie zawęża się zbyt często do spraw błahych i ponurych? Z całym twoim pokiereszowanym niebem, nienazwanymi melodiami, które pamiętam z dzieciństwa. Właśnie teraz wracają do mnie i przylgnęły na nowo, wsunęły się w tę przestrzeń pomiędzy podniebieniem a krtanią. Dławię się i szlocham. I nastaje świt. Z nim słowa. Rozpalone do czerwoności, wyrwane z głębi. Ryzykuję, pisząc ten tekst, bo czymże jest opisywanie własnych przeżyć, wizji, lubości, osobistych/intymnych odczuć, wyobrażeń? Przecież na niewiele to się zda autorce, a jeszcze mniej jej czytelnikom. Pomiędzy „Argo” (stanowczo wolę, bo przypomina mi Argonautów), a „Koroną Południową” znajduje się przestrzeń i tajemnica dla każdego. Ta tajemnica drąży we mnie specjalne miejsce. To jest ten moment, kiedy dokładnie, słowo w słowo, odnajduję rozkoszny i słodki smak upojenia. Kiedy mogę „Wagę”, mój zodiakalny gwiazdozbiór, rozsypać i dopasować. 


„(…) jeżeli to są podzielone rzeki to nie jest niebo tylko podzielone rzeki a ty wyspa jesteś a ja i ja i ja to twoje części absydy uświęcone wiatrem sumiennym przenoszone jego stopą studenną studzienną echem łączenie będziemy wychwalać gwałtowność głębokimi nieboskłonami pange lingua gloriosi przenosić się stopą studenną czerwona lamówka niesie się doskonale kolorem i dźwiękiem na polanie czołgałaś się jak dzika w każdą stronę w której mogłabyś być przyjęta jestem przyjęty nie przeklęty studenny jak stopa która mnie niesie stopa niesie mnie znacznie dalej ciebie ze mną nic nie waży my nie-ciężar jesteśmy dla 

tej stopy gwałtownej gdyż

mapy nie składa się od zewnątrz

do zewnątrz (…)”[3]

Wreszcie ktoś mówi do mnie moim językiem, do wewnątrz, zauważa we mnie (tak sobie wyobrażam) szereg anomalii, drobnych gwałtowności, mglistych gór, przepastnych odczuć. Zawieszam na mój osobisty drut wskaźnik, którym posłużę się w pozostałym życiu, w pozostałym zewnętrznym niczym. Szereg pętli i połączeń, procesów poznawczych i niesamowite odczuwanie. W tym wszystkim jako człowiek czuję się usatysfakcjonowana. Wreszcie artystka mówi do mnie, do moich skojarzeń, dojrzewających myśli, impulsów, pewnej rzeczywistości, na której opieram swoje jestestwo. I nie chodzi mi o wyodrębnianie możliwości, jakie kreują się w wyobraźni pod wpływem obrazowania poetyckiego, a jedynie o ten rodzaj komunikacji, który stwarza siłę. Siłę, by umieć podnieść własną wyobraźnię, zamknąć oczy, stojąc w bliskości równika i wsadzić swój palec w kosmos. Na potrzeby poetyckiej ballady, która już zawsze będzie żywa i możliwe, że będę ją próbowała pojąć przez resztę życia. Stykając się z innymi ludźmi, słuchając ich i wyobrażając sobie Gołąb/ka, Byka, Skorpiona i może ta konfrontacja, codzienna i optymistyczna, jest nowoczesnym wieszczeniem. Zapisem, odbiciem w skale kości skroniowej. 

„(…) Zdobywca – szeregują mnie. Najmłodsze „ja” stoi niepewne imienia. Najstarsze „ja” wie, że nic się nie zmienia, nadzieja w tym, które spłonęło na stosie uwitym przez rzekę. Chciałam wpłynąć w łagodne ramiona morza, złapać choć na chwilę właściwy kierunek. Złapać niewłaściwy kierunek i znacznie dalej podróżować (…)”[4]

Samotność, tajemnica, głębia, nieskończoność. Najzwyklejsze akceptowanie i godzenie się z życiem. Bez lęku, który jest jak druga skóra, która porosła mnie jak porost naskalny. Człowiek. Ziarenko. Rozłączenie. Znikanie. Cykliczność. Przenoszenie. Rozproszenie. To oczywiście nie jest tak, że wszyscy poczujemy to samo, czytając poetycką opowieść o nierozłączności czasu i przestrzeni, że zrozumiemy naszą nic nieznaczącą obecność w tej przestrzeni. 

„(…) Niech mnie oczyści twój płacz, Abiku

Znasz dobrze tę ciemną porę, Batuku

dłoń w dłoń i pod powieką znajdziesz

gońca (mknie w naszym tętnie bez końca) 

inne napoje, inne są nasze pokarmy

trzymamy się w ustach i rozłączyć trudno (…)”[5]

Jakże jest mi bliska konsekwencja obrazowania. Czy ja w ogóle jestem? Czy ta książka tylko mi się przyśniła? W jakim stopniu jestem w stanie ją pojąć, przeżyć, przeniknąć? To poetyckie marzenie. Książka, która ogromnie mi się podoba. I nie dlatego, że przylgnęła do mnie i jest obecna, ale dlatego, że wciąż zaskakuje, szepce i nuci pieśni, będące już kiedyś w moim życiu, wydobywające się wielokrotnie z przepony na wielu scenach świata. Zaszczepiłaś we mnie, Bianco, moc życiodajnego życiorysu gwiazd. Myślę, że to rodzaj narodzin, przemiany, jakiejś nieskończonej chwili, którą dzięki tobie odzyskałam. Mimo lęku i wewnętrznego niepokoju.





[1] Rolando, Bianka. Stelle. Biuro Literackie, Stronie Śląskie. Galeria Foksal, Warszawa 2019, str. 7. 

[2] Tamże, str. 31. 

[3] Tamże, str. 123. 

[4] Tamże, str. 129. 

[5] Tamże, str. 158


10 czerwca 2020


tekst ukazał się w 33. eleWatorze