niedziela, 17 października 2021

Skłonności





Sztuka współczesna jest nieustającym tematem dyskursu akademickiego. Jednak mam wrażenie, że nic z tego nie wynika. Hermetyczny i akademicki język drażni, nie pozwala zrozumieć odbiorcom sztuki, o co właściwie chodzi rozmówcom. Co jest ważne, a co nie. Jak można w sposób precyzyjny wypowiadać się na temat sztuki teatralnej cenionej noblistki i jednoznacznie skreślać ją, jako wartościową. Z moich obserwacji wynika, że w każdej przestrzeni artystycznej dorabia się jakąś ideologię, by wpasowała się w panujący trend. Oczywiście profesorowie, historycy sztuki, krytycy pełnią rolę autorytetów, przynajmniej taką powinni. Wygląda jednak, jakby ich czas przeminął. Dzisiaj prowokuje się ludzi konkursami, wybiera się artystów, którzy owszem, znają się na technikach malarskich, przeżywają duchowo to, co robią, łączą rękę z okiem, przenikają warstwy, ale nic z tego nie wynika. Nic się nie dzieje. Mnie się to nie podoba. Nie czuję twórczości laureatów, ich humoru, sarkazmu. Jakby byli uwikłani i zapominają, że w dobie Internetu, można zerknąć i ustalić, jakim kluczem doboru posługują się ci, którzy kreują pozostały świat sztuki. Dzisiaj wiele instytucji państwowych oderwanych od rzeczywistości, promuje przeciętność. Ogranicza wolność albo poddaje nas jakiemuś porządkowi. Czasami marzę o bezludnej wyspie i chociaż lubię ludzi, spotykać się z nimi, poznawać, filozofować, uciekam od nich – unikam skupisk, towarzyskich powiązań. Czasami mam wrażenie, że coś tracę, kiedy jednak tak siedzę w tłumie i nic do mnie nie dociera, te wszystkie uśmiechy, gadki stają się bezużyteczne. To jest taki czas, że wolę pisać o obrazach, o tym, co widzę, czytam i przeżywam. O mojej obsesji związanej z głodem, emigracją. O estetyce słów, wewnętrznej strukturze torfu. To mnie bardziej zajmuje niż jałowe dyskusje o skuteczności częstych spotkań z czytelnikami i „pokazywaniu się” na festiwalach. 

Znajomi zagadują. A przyjedź, poznasz tego znanego poetę, poznasz tego wybitnego pisarza, poznasz tych wszystkich znanych i zajebistych ludzi. I nawet przez chwilę mam na to ochotę, ale zaczynam czytać o Klee, oglądam sztuki Becketta i czuję, jak cofam się w siebie, pomijam możliwości wyjścia do innych. Siadam w niezwykle wygodnym fotelu przy biurku, które samo w sobie jest niezłą sztuką, patrzę na obrazy, które nad nim wiszą, na kostki torfu, na muszle, nosorożce i zatapiam się w tym, co mnie tworzy i scala. I kiedy mogłabym polecieć i spotkać się, może nawet coś osiągnąć, przyjrzeć się wybitnym jednostkom, pakuję termos z kawą i jadę na Mullaghmore. Wyobrażam sobie świat ludzi kiedyś tam żyjących, zgaduję, jak myśleli, co ich ukształtowało, dlaczego byli niezależni i kochali ponad życie to konkretne miejsce. Myślisz, że mam prawo pisać o sztuce? Podejmować dyskusje, chociaż unikam tego całego blichtru, znajomości i układów?



Mówisz posłuchaj, gdy zasypiam.
A sny przenoszą z miejsca na miejsce, 
byle nie dorosnąć.

Któregoś dnia w gęstym zapachu cedru pszczoły
zatopią się i tak zostaną. Leniwie zakwitną kwiaty,
nie znam ich nazwy. Będziesz powtarzał: spójrz na górę,
nie śpij, spójrz. Wklęsły profil Titanica.

Coraz więcej o historii, wodospadach, zieleni,
która zasklepia rany, pęcznieje od nadmiaru.
Kiedyś tam wejdziemy, na szczyt zalany mgłą.
Przejdziemy przez opuszczone jaskinie.
Po prawej stronie ocean zmyje ślady. Pęcherzyki
powietrza, doły wypełnione mleczną pianą.

Więc tak, napisałam, że jestem stara i sentymentalna.
Przesiaduję do znudzenia na Mullaghmore, 
czytam mity, legendy, czuć w powietrzu celtycki patos. 

Murale z Yeatsem, podtrzymyją hrabstwo na duchu. 
Kamienie ciążące na połamanych kościach. 
Nazwy zamków. Ich lotność. Kaskady deszczówki
w październikowy wieczór. Jesteśmy bezpieczni
aż do zimowej fali wiatru, który nie ma dna.


I tutaj Dochodzimy do kwestii uczciwości. Nastały takie czasy, że łatwo zaobserwować, kto jest kim i jakie ma poglądy. Wystarczy zerknąć do mediów społecznościowych. Chwiejne postawy, artystyczna buta wyłaniająca się z różnych środowisk. Jakieś gierki, opowieści umocowane w taki sposób, by dostosować się do aktualnych wymogów, niekoniecznie zgodnych z naszymi przekonaniami. Cały ten wrzask nie pokrywa się z tym, co tworzą najróżniejsi artyści. Czy nie masz jednak wrażenia, że jesteś w złym miejscu? Obserwuję grupę kontestatorską Sztuczne Fiołki. Świetnie komentują niektóre działania w przestrzeni publicznej, obszernie i dobitnie zwracają uwagę na funkcjonowanie nie tylko władzy, ale wielu środowisk, które same uważają się za opiniotwórcze.


Zła się nie ulęknę. Natłoku myśli,
opróżnionych filiżanek, dopełniona tym, co nie pozwali
zasnąć. Pewność, że szukanie oznacza znalezienie. 
Nie tylko gra może wytrącić z równowagi.

Denerwujące loczki coraz częściej nie pasują do sukienki. 
Ktoś wciąż nieprzygotowany umiera,potem odradza się po kilku łykach 
grzanego wina. Inny podaje z gorącym uchwytem.
Chociaż nie mogę mówić, trawają w bezruchu.

Mnóstwo w nich
niepoznanego piękna, odwróconej perspektywy. Przewrotnych
pojęć. Przychodziłam prosto pod mur, bo tam usypiają ptaki.
Wolne, budzą się i szybują, lądują zawsze z tej samej strony.

Mogłabym określać czas, gdyby nie chmury, poranne tęcze.
Leniwe koty uchodzą z życiem, psy z drobnymi śladami krwi
liżą rany. W tym samym miejscu, z którego nie mam odwagi
odejść. Żeby wrócić.


I nie ma znaczenia, kto po jakiej jest stronie, ważne, że zawsze prezentuje te same poglądy i wiem, że nie zmieni ich w zależności od tego, jak zawieje wiatr. Potrzebuję najróżniejszych ludzi do inspiracji, zagospodarowania przestrzeni. Nie rozumiem jedynie tych, którzy nadają gestom przeciwstawne znaczenie, jak nagle przesuwają się na prawą stronę, bo mogą coś dla siebie załatwić przenikając w nowe, ale chwilowe struktury utopijnego działania. Mam tyle wątpliwości i pytań, kiedy ich obserwuję. Czy strach nimi kieruje, czy może jest coś o czym nie mam pojęcia? Są bluszczowaci w tym konserwatywnym światopoglądzie. Zdradliwi, emanujący brakiem stabilności. Cała ta historia spowodowała, że wpadłam w pułapkę wątpliwości. W pułapkę zwątpienia.

Słaba kondycja, przestawiam litery,
zdania. Odsłaniają siatkówkę oka, mięśnie,
tracę kontrolę. Tik tik.
Później łkam kilka godzin kołysząc się na boki.
Pętelki na wyprutych nitkach, supełki. Rano
torfowiska ciągną się do lasu, pod górę.

Pomarszczona zieleń udawała liście, a w nich wyblakłe
odbicie, echo gdzieś ponad. Dźwięk telefonu
Prawdziwy ciężar. Sterczące włosy,
wrzosy od wiatru roznoszą kwiaty w zakamarki nocy.
Dłonie wypełnione miękką skórą, pamięcią ust, ciała.
Twardnieją i rodzią się na nowo.

Z kołysanek, zapisanych poematów. Ze słowników, idiomów,
pokręconych sentencji. Pomyłek. Później podkreślam
słowa na kursie z literatury angielskiej. Znam już wszystkie
nazwiska z pisemek. Zakłócają dzień, mylą tropy.
Wiatr od Morza Irlandzkiego robi swoje. Żyję zuchwale,
 mimo skurczów  tańczę. Pokonuję codzienny opór.


Chyba koniec roku 2015

sobota, 9 października 2021

Tkanka


© Tadeusz Baranowski , Obraz na płótnie, utwardzony polimerami. Farby akrylowe, emulsyjne i olejne


Spokój, to najlepsze, co nas spotyka. Nie myślenie o tym, na co nie mamy wpływu. Słucham ulubionego kompozytora, który niewiele mówi. Skupienie na muzyce, na roli języka, jako formy wyrażania. Porozumienie wypływa z niezwykłej atmosfery, odpowiednich warunków. Nieprawdopodobne, że poprzez muzykę porozumiewano się od zawsze. W jej aurze tworzą pisarze, malarze. Tkanka dźwięków sprzyja najróżniejszym metodom nauczania, wtedy, nie wydaje się to specjalnie trudne, czy skomplikowane. Tworzenie, zaczyna się, kiedy pojawia się przestrzeń, a w niej odpowiedni impuls, na tyle metaforyczny i adekwatny, że odbiorca nie będzie się opierał. I nie będzie potrzebna gadanina o technice, na czym polega i ile czasu artysta spędza w pracowni. Wiem, że opisywanie wrażeń niewiele znaczy, że sztuka asymiluje się bez udziału słów. Wywołuje w nas różne emocje, jest obecna w myśleniu, posługuje się prostymi narzędziami - zmysłami. Te znajdują się pomiędzy biegunami i poszukują wciąż metod na uwrażliwienie, albo najprościej ujmując, na zwyczajne zatrzymanie się w naturalnej przestrzeni życia. Odrzucając smartfony, ipady, wymyślne aplikacje i to, czym dzisiaj dzieci zaczynają się posługiwać, zanim wymówią pierwsze słowa. Wtedy okazuje się, że trawa jednak jest niewyobrażalnie miękka, żyją w niej owady, stworzenia mniej lub bardziej barwne i ruchliwe. Prawdopodobnie młody człowiek zwróc uwagę nie tylko na dźwięki, ale również zareaguje na inne bodźce. Czujność nie baśniowych zwierząt, ich uroda, charakterystyka i bogactwo ciemnych zakamarków piaskownicy, krzaków. Genialne melodie, asymilują się z każdym wrażeniem, że świat wycieńcza niektóre istnienia szybciej, inne później. Może nie tyle świat, co technika, która towarzyszy ludzkości. I dlatego, kiedy odrywamy się od podobnych brzmień i zaczynamy wchłaniać bogactwo leksyki związanej z naturą, podświadomie odgadujemy, co się z nami dzieje. Osobliw spotkanie z malarstwem Tadeusza Baranowskiego. I zaznaczam, że nie chodzi o komiksy.

Dymki z tekstem, barwne graficzne opowieści. Tylko o podziemne kopce, kłębki traw, wyliniałe mieszkania zwierzyńca, który wypuścił się na łowy. Przestrzeń obrazów utkana, jak gobeliny albo podłoże dla oceanicznych kwiatów. Tak odczuwam, te wszystkie części utworzonej przestrzeni. Ulepione lub utkane, niczym sieć, zakamarki zamieszkane prze wyjątkowe kształty, barwę wody, lasów, czy melodii. Tadeusz akcentuje wnętrze, uwypuklając, a może otwierając strukturę skrywaną przez ziemię. Wydobywa z niej to, co może się narodzić. Nadaje objętość, nieobjętym formom. Spina kolorem dekoracje, które są syntezą mocniejszych odcieni. Wykorzystuje kształt, układa je w harmonijny lub chaotyczny przekaz, to zależy od funkcji, od aberracji światła, przebija od spodu. Ośmiela się bawić masą i kształtować na podobieństwo życia. Łączy badyle, wzniesienia, układa kompozycje w ślad za naturą. Uzmysławia, jak mój ulubiony kompozytor, że w przestrzeni odnajdę ciszę. Coś, co właściwe jest rozmaitym kształtom, plamom w gąszczu pikseli, które autor rozsypał, by przedstawić krystaliczną myśl. Refleksję, a może ideę białej ściany, pęka pod naporem metafizycznej siły. Tworzy wykwity. Później zostaną pokryte pyłem. Wielobarwne korzenie, przebijające się, lub zwisające swobodnie. Mam przed oczami ocean, urwisty brzeg, wyszarpany i odbierany przez fale. Tropy prowadzą dalej, przez kamienie, śmieci, to całe odrzucenie połamanych gałęzi, wnętrzności, ukrywają się w warstwach. Widzę skały osadowe. Zwarte i zobrazowane w taki sposób, że kiedy idę na spacer przez torfowe pola, obrazy wyglądają podobnie do tych wykarmionych przez ulubionego artystę. Wybija woda, a nad nią góruje brunatna tkanka, wydarta z ukorzenionej materii. Pokłady cierpienia przełamuje biel. Czystość. Symboliczne współodczuwanie. Łączenie nieistnienia z istnieniem. Wciąż widzę wodę, ziemię i ogień. Odczuwam każdy z krańców nieszczęść. I muszę napisać, o krzywdach, przecinaniu żył, o połamanych piórach.



Wiem, kiedy tłoczy się ból, z czego wzbiera strach.
Niespodziewanie pęka i wytryska pod stopy.
Rozdziela pasma trawy, rozrywa ziemię. Wciąga.
Grzęźniemy w deszczu, rzeczy toną. Dzieci
odzyskują wolność. W ciepłej wodzie, przejrzyste
ryby o czerwonych oczach i bezbarwnych kręgosłupach.
Przepływają pomiędzy palcami, zaglądają w głąb.
Nie mogę oddychać, zatrzymać się. Słyszę oddech oceanu.
Niebo wysysa ostatnie tchnienie słońca. Wracam do łóżka,
do krawędzi materaca. I znów będziemy rozmawiać o zmarłych.
O żółtych liściach miłorzębu. Zanucisz piosenkę, będę rozmawiała
z ich bogiem, żeby nie umierali przed czasem


Pisarzowi najłatwiej jest pisać dzienniki, tworzyć wyimaginowane sceny. Opisywać tak, jak je widzi, albo wymyślił po przeczytaniu informacji w mediach społecznościowych. Wciąż fascynuje nas siła, formuły, dla których jesteśmy w stanie odejść od codziennych praktyk, lub pozostać w miękkim fotelu i zajmować się researchem przed napisaniem kolejnej książki. Fantazja z dzieciństwa, na tyle zuchwała, że wbija empirystów w podłogę, Nieograniczona niczym myśl, prawdziwy raj dla najróżniejszych sztuk. Myślę, że malarz nie próbuje udawać, że jest poza tym wszystkim, co się dzieje dookoła. Życie nie może istnieć bez tła. Tadeusz nie porzuca panoramy komiksowych chmurek, idzie dalej. W mimetyczne właściwości przyrody, ukazuje w niezwykły sposób zawiłości, precyzyjnie powiązuje i wiesza na ścianie galerii. I w tym momencie pejzaże stają się spójne. Zieleń, przy niej lepiej milczeć. Bladość skóry, jakaś pierwotność, która nas gubi. Światło, bez którego jesteśmy rozbici i gdyby nie fakt, że żyjemy w dystansie do natury, a zarazem nie możemy bez niej oddychać, bylibyśmy niczym. Obrazy są fundamentem tego, co pobudza wyobraźnię. Utożsamia z istnieniem. I zaczyna się od nowa. Jazgot, przemoc, i brak wiary w to, czego się nauczyliśmy. I jest, jak w wierszu:

Nie mam nic dla was. Więcej złudzeń, że będzie dobrze
zanim się obudzę. Ktoś kogoś przepuści w drzwiach,
uśmiechnie się i wróci do siebie. Nie będzie miło.
Gadki o głodnych dzieciach albo niskiej emeryturze.
Urżnie komuś rękę, ramiona może nogę. Zemsta
za śmierć.