sobota, 24 września 2022

Wygłos




Ludzie opowiadają najróżniejsze historie – z życia, z wyobraźni, gdzieś tam zasłyszane. Ktoś ucieka z całym dobytkiem, upycha po szufladach skarpety, nawet nie otwiera oczu. Rozumie świat w prosty sposób. Nic mu nie utyka, nie ubywa. Obudziłam się rano i popatrzyłam na poduszkę obok. Byłam pewna siebie, jak zawsze. Bezpieczna, cała w skowronkach, chociaż za oknem deszcz i ziąb. Nie muszę się odzywać, przechodzić zimy po swojemu. No dobrze, ludzie, całe życie fajnie się przechodzi, kiedy pewność siebie odbija się w lustrach, w oczach, nie odstępuje na krok. Kiedy jednak nosisz w sobie jeszcze kogoś – innej postury, starszego, młodszego, takiego od pierwszego wejrzenia i na całe życie – wiesz, że umieranie przybierze inną formę i nie będzie tylko umieraniem z głodu. Czasami nawet całe to jestestwo wydaje się bezsensowne, a stworzenie czegoś osobnego wręcz niemożliwe, trudne, niesprzyjające. I, mimo że cały czas zapisuję, przepisuję, biegam z notatkami, to wciąż nie da się tego w warstwie semantycznej i pragmatycznej sensownie wyjaśnić. Ująć tak, by nikt nie cierpiał, nie rzygał z bólu do utraty tchu, nie brał pastylek na dobry sen, nie rozstrzygał dnia zanim się rozpoczął, od wewnątrz. I mówisz mi, że to normalne, jasne, prawdziwe, czułe. A ja odwracam się i myślę dalej o teraz, o kiedyś tam, o możliwościach czasu, kiedy mamy go pod dostatkiem. Co wiemy o utracie? Kawałków siebie, czegoś nadzwyczajnego, dni i nocy.

Ucieczka

Sama w sobie bywa czymś kapryśnym. Widzę tylko swój ból. Mówienie o nim jest jak zapuszczanie się w las, gubienie się i nierozpoznawanie miejsc. Pomyślałam, że będę pisała. Przechodziła z dnia w noc, z łóżka do łazienki, z garażu do pralni i odwrotnie. Teraz i tylko teraz. Żadnego planowania, wychodzenia przed siebie, przechodzenia przez myśl, w alfabet ciała, pierwszych spraw. Przejmująca żywotność, udawanie, że poruszamy się po tematach bezpiecznych, bez zawirowań. Niedawno przeczytałam książkę „Mysz Kościelna” Agaty Patralskiej Obarewicz i zaskoczyła mnie silnym uczuciem przywiązania. Nawet przeskakiwanie przez bajora, torfowiska, uciekanie wąskimi drogami, zalesionymi i trudnymi, nie są żadnym ratunkiem. Ból, który czujemy myśląc o utracie czy przywiązaniu, ból lędźwiowy i ten utrzymujący się blisko skroni, jest jakby wzmocnieniem. Sam przekaz staje się mocno istotny i można by pomyśleć, że druga osoba nie jest nam aż tak potrzebna, ale to nie będzie prawdą. Od wewnątrz czuję, że wyrzucam z siebie zdania, notuję, by właśnie ten strach przed utratą utulić, poczuć ulgę, wrzucić na luz. Zacząć prowadzić siebie w to lepsze jutro. Miałam taki zamiar, serio, poczuć przez chwilę wolność, wydrzeć z siebie drugą duszę, nie przypadać komuś do gustu na całego, ale w tych samych sprawach czuć podobnie. Spieszyć się, by spędzić ze sobą chwilkę, dzielić się obłędem, strachem, lekkimi grymasami. Uciekać przed pustką rąk. Znikąd nadziei.

„Wracam do siebie, do miejsca,
za którym tęskniliśmy niejednego dnia.”

Bytowanie, sięganie po siebie za każdym razem, kiedy siedzimy w domu. Bliskość. Przedostajemy się z pokoju do pokoju, ciągniemy się za sobą – bez zapalania światła, bez słów. A przecież jesteśmy przy zdrowych zmysłach. Święci pańscy! Można się od drugiego człowieka aż tak uzależnić? Nie marnować chwil na kace, zwroty akcji, chodzenia po krawędzi, góra-dół?

„Co porabiasz po drugiej stronie?
Jest druga strona?”

Siedzę tu sobie i mogę jedynie napisać, że nie wiem, czy potrafię wyjaśnić całe to ćmienie w głowie, pokonywanie mostów, dróg, zalanych dolin, schodzenie w dół, by zmęczyć się wystraczająco mocno, zapomnieć na kilka chwil o przestworzach, człowieku, z którym mogłabym mieszkać w szczerym polu. Wydaje ci się, że potrafisz nie spuszczać ze mnie wzroku, rąk i godzisz się na mnie całą, w okazałości tykającej. Chyba właśnie od tego się zaczęło, od przystawania o świcie i przyglądania mi się, jak śpię. Do tego wariactwa dochodzi nazwanie mnie „na śmierć i życie”. Powiedziałeś nieśmiertelność i myślę o snach, gdzie czas wbrew życiu jest inny w każdym momencie i pozwala widzieć nas pokonanych, niedorzecznych, opuszczonych, ale obdarowanych wspomnieniami, jakimś lekkim losem.

„A powiedz mi, Kochany,
który mógłby mi Ciebie zastąpić?
Żaden.
I tak mi nikt w to nie wierzy…”

Mówimy do siebie po staremu, kiedy zostaję sama jak palec i mam w sobie ten sam strach, smutek, jakiś koniec. Nic nie biorę na zdrowy rozum, bo przecież w tym wszystkim nie chodzi jedynie o utratę, a o przywiązanie, uzależnienie. Tracenie oddechu i wyraźny strach, że nie odzyskam już głosu, jasnej myśli i wielu innych rzeczy. Fikcji, z jaką podchodzę do ludzkich opowieści. Podszeptów o przytłaczających miejscach, które nasze brzemię wspólnych chwil, akcji, reakcji nie oddala nawet na minutę. Widzieliśmy się na własne oczy. Warto pamiętać o uśmiechu, o świętych pańskich i międzyczasie, w który wikłamy się kilometrami spojrzeń, czułości, rozdrapywanych ran, pytań, niedomówień. I nie ma żadnego końca.

„Ale muszę mieć dom.
Dom pełen naszych książek, zdjęć, kamieni.
Tylko dlaczego bez Ciebie?”

Ha! Te wszystkie wytyczne. Chciałabym, by fikcja była moją szansą, by przeganiała rozproszenie, oczywiste smutki, zależała tylko ode mnie. Była moim hałasem, moim odczuwaniem bez głosu twojego marudnego jęku, kiedy przekładasz strony, kartkujesz powieści i nie odkładasz ich na miejsce.

I prawdziwe poznawanie. Na nowo stwarzanie siebie. Puszczanie w głowie myśli, by skrócić dzień, wypisać się przed zbudowaniem czegoś nowego, równie wartościowego.

„Poczułam się przy niej bezpiecznie.
Nie potrafię opisać Ci tego uczucia,
ale podobny rodzaj spokoju
nabywałam przy Tobie.”

Spokój

Bez intelektualnej pustki, niejasności, zamyśleń, potoku łez. Czy to jest w ogóle możliwe? Nie pogrążać się w pozaracjonalnym smutku i tak zwyczajnie móc oddychać?

„O co chodzi w życiu?
W jeden worek wrzucone ludzkie losy,
czy jednak każdy ma coś innego do przerobienia?
Dlaczego tak wielu ludzi tylko jest?”

I dlatego żyję w wiecznej obawie. Nie potrafię słuchać gadek: zrelaksuj się, zapomnij, wybacz, nie spiesz się, wrócisz jeszcze do żywych, nie zniechęcaj się, cierpienie wyzwala. Chyba tego jeszcze nie zarejestrowałam na takim poziomie, by to wszystko właśnie tak pojmować. No dobrze, żyć własnym życiem, problemami, bez głowienia się, dokąd pójść i kogo ratować. To żadne miłosierdzie, kiedy i tak nie czuję się wolna. Strumień świadomości. Byłam pewna, że miłość to nie wszystko. Byłam skłonna uwierzyć w astrologię i ułożyłabym nawet kilka pasjansów, gdyby rzeczywiście dawały odpowiedź, ulgę, niezależność. Miłość do utraty tchu, uzależnienie, to ściskanie w dołku, kiedy czujesz w sobie cierpienie ukochanej osoby. Miłość nie do uwierzenia. Zagadkowa, nieuchwytna, kiedy rozpływa się w codzienności i jedynie pozostaje w pamięci, w ulotnym zapachu ubrań, we wspólnych rzeczach, których nie potrafię się pozbyć.

„A ja pomimo spełnienia w pracy,
bo książki oddychają za mnie,
nacierają sensem dzień,
no więc, pomimo tego spełniania,
nie wiem, jak zignorować tę pustkę,
jak ją obłaskawić?’’

Agata pozostawia przejrzysty obraz czytelnikowi. Całe to uzależnienie nie ma rozmiaru, można się jedynie z nim pogodzić, nie litować się nad sobą, ale dobrze spożytkować czas. Przed odejściem stworzyć coś dobrego, coś, co wyrosło z miłości, z uśmiechu, że wspólnego wyciągania rąk. Wydaje się, że tęsknota nie ma końca, ale może kiedyś stanie się echem. Cienkim i delikatnym wspomnieniem.


Wszystkie cytaty pochodzą z książki „Mysz kościelna” Agaty Patralskiej Obarewicz





Brak komentarzy:

Prześlij komentarz