czwartek, 26 lutego 2015

Antypody - „Fantom” Magdaleny Gałkowskiej



Magda Gałkowska, obdarzona fascynującą osobowością, często irytująca otoczenie, wciąż przełamuje schemat, by dotrzeć do tła, które opisuje. Należy zrozumieć, że dotykanie określanych cech człowieka uczy nas na nowo zachowań, reakcji, spostrzegania przestrzeni pomiędzy ludźmi. Pozbawieni instynktu, bez możliwości rozwoju duchowego, z niewybaczalną nonszalancją zamykamy się w swoim świecie. Narzucone przez warstwy społeczne zachowania przyjmujemy jako własne, co powoduje, że narasta w ludziach chęć usprawiedliwiania ignorancji. Zanika potrzeba wewnętrznego mierzenia się z przeciwnościami losu:

analizuję maturzystom Norwida, po co
komu słowa? okup za zakładników z tendencją

do autodestrukcji. /Pierwsze/

Cel uświęca środki? Nic bardziej mylnego. Myślę, że bezmyślne dążenie do celu pozbawia ludzi kolorytu. Magda akcentuje subtelnie świat wewnętrzny i zewnętrzny, obraca w palcach peela jointa i szykuje objawienie dla tych, którzy chowają się po kątach, udają, że żyją. Udają, że człowiek może wszystko. Motywuje w ten sposób czytelnika do wniknięcia w tematy często obce, lekceważone, spychane na bok. Czy kobiecość musi ciągle przybierać barwy wojenne? Odpychać i przyciągać na zasadzie skrajności?

a mogłabym wyglądać jak dziewczyna 
z naprzeciwka, z nieścieralną warstwą
skupionych poranków przed lustrem.
nauczyć się, że barwy wojenne, to dzisiaj

tylko agresywnie zorientowane kosmetyki. /Mam twarz Grzegorza Ciechowskiego/

Adeptka cynizmu burzy niewinne, pełne ufności przyzwyczajenia. Wyuczone od narodzin zachowania potrafi zasymilować, ujarzmić i wpleść w doczesność. Nazwać je, nie umniejszając czytelniczym doświadczeniom, przez które opuszczamy oczy, czerwienimy się. Dlatego rozumienie przychodzi z trudem. Nie jest to łatwa postać, która z rozpaczy uschnie na kanapie w bezpiecznej pozie. Magda błyskotliwie połączyła atrakcyjność stworzenia z ciągłą walką o tolerancję. Zrównała je i ukształtowała według własnej wizji. Człowiek, który uczy się kochać na chwilę, będzie ciągle ulegał kłamstwom, rozpuście. Będzie ogarniać go pycha. Peelka wypunktuje wszystkie nadużycia, by mógł bardziej świadomie przyglądać się procesom, które stają się przyczyną dramatów. Stanie obok, czasami zauroczona, innym razem znudzona. Symbolami określi odległość świata nadrzeczywistego, od tego w zasięgu ręki. Zmaganie się z prawdą w poezji poprowadzi po meandrach ludzkich zachowań. Taka gra pozorów onirycznej przestrzeni – w niej ścierają się granice typowe dla ludzi, którzy czekają, nie udają, ale nie są pogodzeni z narastającym zaprogramowaniem świata i relacji. Autorka odziera kanon wiedzy teologicznej łamiąc męski świat, ukazując ludzką fizyczność wynikającą z przypadłości, jaką zostali obdarzeni. Odrzuca instynkt, wszystko, co nie odróżnia dobra od zła. Pewnie dlatego czasami woli przemijać w samotności albo wychodzić i łączyć się w przyjemnej kontemplacji ze świadomymi ludźmi, na przekór dogmatom.


dłoń w białej rękawiczce, co zatyka usta
na chwilę przed spełnieniem, każe łapać oddech
tylko po to, by zaraz odebrać, co jego:
śpiew, absurdalną skruchę, marne obietnice.

i wybuchały światy, kończyły nad ranem
w przypadkowych objęciach, na krawędziach dłoni.
i wybuchały światy, niczym tanie race,
kupione na bazarze po cztery pięćdziesiąt. /Chiromancja/



* peel - podmiot liryczny


Autor: Magda Gałkowska Fantom
Wydawca: Teatr Mały, Tychy 2014

sobota, 21 lutego 2015

Znaleźć dla siebie ratunek - „Krajobraz po meblach” Ewy Brzozy Birk



Przeczytałam na którymś z portali pisarskich, że Ewa przyjeżdża do Polski na promocję swojej książki. Wtedy poczułam, że to może być jedyna okazja, żeby ją poznać. Moja przyjaciółka wydała radosny okrzyk i powiedziała - jedziemy. Tutaj pominę drogę i nasze popisy, bo ma być o wierszach, a nie o głosach w toalecie i oparach benzyny.

Widziałam jak pani zabiła pana,
a on wstał. Był zdziwiony, krzyczał.
Nie mogłam zawrócić.
Wybiegłam na tory.

Sny toczą w nas ścieżki, układamy się na nich w środku nocy, pozwalamy sobie nie oszaleć. Ja tak mam, jak podmiot liryczny, odczuwam przemijanie, ale najpierw muszę odwołać się do swoich obsesji, szeregu zdarzeń…

Tłumaczę wspomnienia na kilka języków,
szukam podobieństw ulic i ludzi
idących do klatek, które śmierdzą szarym mydłem.
I jak oni, przystaję na zielonym świetle.

Ewa wyemigrowała w latach osiemdziesiątych. Jej wiersze brzmią różnymi akcentami, są echem, od którego brzęczy w uszach. Te emocje towarzyszą mi każdego dnia. To rozpinanie się i zapinanie na obcej ziemi. Oswajanie z dotykiem, czułością, zgłębianie tajemnic. Wszystko o czym pisze poetka jest przede mną, jej frazy są jak widma. Stają przede mną w momentach najmniej oczekiwanych. 

Deszcz nie zostawił na grzbiecie dachu
suchej nitki. Kamień rósł w krtani, 
delikatnie wkładałam pończochy
i jedwabny głos.

Nawet najmniejsze zwierzę mogło wyczuć mój zapach, 
czułam się gorzej
niż neon zapalony w środku dnia.
Ślepa i przemoknięta nie robiłam planów, 
do dziś unikam ostrych przedmiotów.

Oglądam dom, w którym zamieszkała, podszczypuję szczypior, grzebię się w obcej ziemi.
To godzenie się z codziennością.

Nie ma zła, zanim się od niego nie umrze.
Smutek, to kasza z obłoków, okruchy.

Nie wiem, czy zdajecie sobie sprawę, że kiedy autor czyta swoje wiersze, one zupełnie inaczej brzmią. Słychać zmęczenie, w wyobraźni rysują się karuzele, uciekający krajobraz po meblach. To wpadanie w panikę, jak wtedy, gdy spakowałam ostatnie pudło i mówiłam do siebie - to tylko mieszkanie.

w czystej wodzie znalazłam
odbicie znajomych miejsc, gdzie z setek małych kamieni
powstały kościoły, place, domy, a nawet
ludzie, ich mowa, okna otwarte na oścież, bez celu
szwendające się psy. Chciałam zrozumieć
różnicę pomiędzy idącym, a zabłąkanym.

Miłość jest jak woda w rzece, rozhuśtam most.

Emigracja nie chroni nas przed cierpieniem, nie powoduje, że nagle świat zrekompensuje nam dawne życie. Wkładam okulary i jest tak samo, Dania nie jest w Ameryce, cudze kąty są cudze, ten rodzaj odczuwania trzeba oswoić, przestać się bać. Poezja Ewy przybliża, obnaża bary, dworce, zakamarki w których się wkurza. Pory roku, ruch i ciut więcej. Czyli mruczenie pod nosem, zakopywanie i odkopywanie, zrywanie się na równe nogi, gdy strumień lodowatej wody spływa nam na plecy. 

Zapominamy imiona, 
które przychodzą do głowy pod koniec balu.
Oczyszczę kąty szałwią, wypatroszę ryby, 
zapłacę rachunki. 

Codzienność. Skrzypiąca podłoga, źdźbła trawy cokolwiek, co przypomina nam bliskich, nie pozwoli zapomnieć mowy. Wieczność jest tak długa, jak długo będziemy w tych wersach odnajdywać tęsknotę albo wspomnienia. Jak z tego wybrniemy?

W sercu jest takie miejsce, którego nie wolno dotknąć, 
bo zniknie, rozpuści się granulka kosmosu.
Przed naszym spotkaniem przejdziemy przez wodę,
poszukamy ciała, które nas zgubiło.




Autor: Ewa Brzoza Birk Krajobraz po meblach

Poznań 2009

czwartek, 19 lutego 2015

Podpatrywanie - „Podsłuchiwałam” Ewy Frączek


Ewa napisała, że przygotowuje najlepszą jajecznicę w mieście. Umówiłyśmy się, że przyjadę. W rzeczywistości spotkałyśmy się w Warszawie. Niestety, nie w Lublinie, ale przecież życie przed nami. 

nienawidzę wielbłądów
kojarzą mi się z pustynią
moim snem o talibach
we śnie talibowie
opanowali lublin

Ewo, stworzona na pokuszenie mężczyzn, proszę, nie kuś losu. Nie poddawaj się, nie podchodź zbyt blisko tych, którzy mogliby nas, kobiety, wymienić, pozbyć się. Otwarcie proroczym wierszem? Nie, nie, autorka nosi w sobie ogromne pokłady humoru. Jej wiersze są młodzieńcze, bajeczne i zaskakujące.

Pokaż mi gdzie masz pępek

To obnażanie się w sobie, naciąganie do granic tradycji. Naciąganie siebie, dla kogoś innego.

nauczę się w końcu 
wymawiać er,
zaboli mnie tył głowy
gdy wykorzystasz to powiesz
nie chcę lizaka kup rower.

lecz nigdy nie będziesz 
przecież mój kruszynku
choć dla ciebie podrabiałam 
podpis w rubryce spowiedź, 
niebo nie zagrzmiało
i ksiądz powiedział
amen.

Zupełnie jak w moim życiu. Niby wierzę, bo przecież wszystko wiem od mamy, którą kocham jak siebie. Już dobrze, nie pytam. Siadam tyłem do nowoczesności, za nią też można się pomodlić, gdyby tylko chodziło o taki sposób życia. Wiersze wydobywają ze mnie młodzieńczą energię i mądrość. Dobrze jest tak sobie przypomnieć, nie bronić się przed rzeczywistością, przed śmiercią wszystkich śmierci.

ostatnia faza śmierci
odbędzie się z dala od nas
naszych firm domów dzieci
jednej kariery pisarskiej.

dobranoc namiastko człowieka
ratujesz bezbronnie
święty spokój tłumu

Jest w tych wersach nieśmiertelność, próba związania palcami całego dobrobytu. To rzeczywistość, zwykła i niezwykła. Uwolniona z myśli, rozbiega się, rozwija. Buntuje się przeciwko normom, chociaż podmiot liryczny niczego nie zakłada, jest w końcu rdzeniem wierszy, więc buduje dystans do siebie, do otoczenia. Podbija i zwycięża, dla siebie, dla niepewnej przyszłości. 

nic nie ma sensu poza naszym
wygnaniem we własną folię, nic
bo mamy ryby i chleb mamy
akurat rozmnożenie.

a inni mówią
że straszny u nas jest zaduch, 
niech mówią.
przez wizjer łatwiej
zakleić im usta.

Żebyś wiedziała, Ewo, że nie ma zbyt ciężkich słów, by się oprzeć innym ludziom, być pasywną, ale żwawą, uchwycić się miejsca i z niego wykrawać noce, nadmuchiwać język, zabawiać się młodością do zatracenia. 

wieczorem wszystkie 
mieszczą mi się w łóżku,
nawet gdy jest czwartek
(w czwartki mam dni płodne
i tworzę całą gromadkę).

Podnoszę się z trudem, bo działasz na wyobraźnię. Wiem, że czeka na mnie w tych wierszach lekkość i żart w stylu Frączek, ironia "dotkliwej duszy" i w tym miejscu to nie jest pejoratywne określenie, jedynie świadomość wypływająca z rozgadanego wnętrza. 

a mówią że nieupoważniony dotyk
budzi gołego zombie
że zombie jeszcze po śmierci
tarza się w pościeli, 
przez co inni mężczyźni
bolą potem trzy dekady
lub dłużej.

bo wcale nie bolą, 
gdy trzeba żyje się normalnie

Tak, gdy trzeba, jesteśmy poważne, później wystarczy kamyk - wywoła lawinę. Pojmuję twój język, to całe zdyscyplinowanie. Wiatr i deszcz od frontu, a nazajutrz dla bezpieczeństwa dalszych kroków/ dla utrzymania temperatury, wracam do twoich wierszy. Do psa, który się oddalił i szaleje z pęczkiem konwalii. Mam czas na przemyślenia, na oddech. Tak, Ewo, musimy się umówić na jajecznicę w Lublinie. 



Autor: Ewa Frączek Podsłuchiwałam
Wydawca: Bramasole, Rzeszów 2011







środa, 18 lutego 2015

Po dwóch stronach - „Pomiędzy kwartałami śpieszył się i zwlekał” Aleksandry Słowik



I nic się nie stało. Wyjechałam na wieś z miasta, które zawisło do góry nogami. Wracam tam, kiedy mam ochotę:

przeczuwam
mierzę
miasto
zasklepione we śnie
śmiertelnie ciche
nieme
w jasnoszarym powietrzu
dzień nie rozbudził jeszcze

swoich zwłok. /Axis urbi - moment/

Aleksandra Słowik dedykowała tomik Tym, którzy mieszkają po wewnętrznej stronie. Od razu przypomniałam sobie książkę Neila Gaimana Nigdziebądź, którą czytałam przed laty. Gdzie świat magii urzeczywistnia się, a ludzie rozmawiają ze szczurami, są niezwyczajni, inni, a tacy sami. Bardzo lubię czas po wewnętrznej stronie. Dotykać ziemi, bruku, liści. Spacerować nocą w miejsca, od których stronią inni. Widać jedynie ich profile. Ciemne podwórka, obskurne kamienice, kąty, a w nich czają się bezdomne koty. Kogo podglądam w wierszach Oli? Siebie. W chłodny, deszczowy dzień. Wyobrażam sobie hotele, pojedyncze ulice, skrzyżowania i zastanawiam się, kto przechodził tędy przede mną. Ola nie ogranicza się do miast dobrze mi znanych. Opisuje i te, które toczy choroba, wielkomiejskie szmugle, figle i zupełnie nieznane, do których wciąż szukam połączenia. Wiele w wierszach znaczeń, tropów, esencji. Za nimi zawsze stoi człowiek. Miast nie byłoby bez ludzi, bez ich determinacji, ciekawości, pomysłowości, chęci odkrywania. Błądzę więc po lotniskach, gubię się we mgle, a kiedy nalewam whiskey do szklanki czytam:

Z uniesienia ręki
błękitny
zarys
żyły;

wypływa rzeka z jeziora Uigeadail wprost do morza
przy destylarni Ardbeg. Zbieg okoliczności
na kilka domów i bar. /Islay/



I rozkoszuję się smakiem, czuję w sobie skamielinę, to jest właśnie wewnętrzne podróżowanie. Wejść tu, wyjść tam. Trzymam na półce pamiątki z Barcelony. I proszę, są teraz jakby bliżej. Wspomnienia układają się wersami z wierszy. Nie muszę naciskać samowyzwalacza, nie muszę wychodzić z domu. Nic nie muszę. Poezja Oli to składniki miejsc i proces poznawania. Towarzyszą mi różne schorzenia, przystanki, odpływy, przypływy. Jestem w moim Nigdziebądź Olu. Drapię ziemię, dotykam dusz, o których wspominasz. Przekopuję kwiatki, identyfikuję się z mieszkańcami, albo uciekam. Przechodzę z domu do domu. Zapisuję numery. Jest to niezwykła książka. Naznaczona powidokami, zapachami, ziołami, smakiem wina. Mogłabym zidentyfikować przynajmniej kilka miejsc, w których mieszkałam. Przyglądam się temu, co ludzie stawiają na stołach, wieszają na ścianach, jaki oglądają film. Jestem współobecna w tych lirykach, w kadrach, pod językiem spacerowiczów. Patrzę ich oczami. Dziwię się.


Kto tam? To morska trawa kwitnie w materacach,
zapyla czas. /Dom VIII/

Wiersze weszły we mnie, tak jak ja wtargnęłam na skrzyżowanie. Nie od razu zrozumiałam, co do mnie mówisz. Nie od razu poczułam metafizyczną konsumpcję miejsc. Pustostany, dzielnice trawione bezczasem. Mogłabym podążać z mapą, jednak przyglądam się zgniliźnie, tonom śmieci. W wierszach mieszają się śpiewne trele ptaków, z odgłosami drepczących ludzi. Ożywienie poszczególnych placów, ład miesza się z nieporządkiem. Kiedy cierpiałam na bezsenność, wydawało mi się, że świat zmierza do samounicestwienia. Trwałość przedmiotów nie była tak oczywista, jak kruchość życia. Po lekturze wierszy, ciągłym przekraczaniu progów, krawężników, zakrętów, uświadomiłam sobie skąd brały się lęki. Pewnie to absurdalne, ale wielowymiarowość myślenia, odchodzenie od jednego istnienia w drugie, wydaje się czymś naturalnym. Jestem teraz na przedmieściach czasu teraźniejszego. Wciąż myślę o ludziach, których spotkałam, o tych, których spotkam. Tworzę własne miasto. Kupuję nowy dywan, lampę. Ktoś w Kanadzie maluje nosorożce, inny wyplata z wikliny kosze. Dziewczynce spod czwórki wypadł ząb. Czy przeraża mnie jałowe życie? Jaki jest sens mojego bycia tutaj, a twojego tam? Gdybyśmy mogli przemieszczać się tak szybko, mogłabyś teraz napić się ze mną kawy. 

Tak życie odłupuje się od nas kwartałami.
w miejsce świętych przysiąg budujemy miasta,
zakładamy cmentarze. Pilnujemy granic, gdy kłamie obietnica.

Nie przysięgajmy na nic.
Na nic poza urnami wysianymi do morza. /Dziesiąte/

Autor: Aleksandra Słowik Pomiędzy kwartałami śpieszył się i zwlekał
Wydawca: Oficyna Wydawnicza ŁośGraf, Warszawa 2013


















Miałam z Olą swoje pięć minut w 2012 roku w Tarnowskich Górach



wtorek, 17 lutego 2015

Etykiety i wypchane jastrzębie - „Guguły” Wioletty Grzegorzewskiej

Hektary – kraina, którą konsekwentnie odkrywałam na stronach książki Wioletty Grzegorzewskiej przypomina wieś rodzinną mojej mamy. Dawno nie czytałam tak niezwykle i obrazowo opisanej przyrody, ludzkiej doli i niedoli. Ta niewielka książka ma coś magicznego w sobie. Dorastanie, rozdroża, imponująca samodzielność narratorki i zarazem głównej bohaterki przypominają o własnej bujnej przeszłości, o emocjach, które towarzyszyły mi za każdym razem, kiedy wyjeżdżałam do dziadków. Przestrzeń, dziesiąty stopień zasilania, kominy, etos, w jakim żyli ludzie. Ojciec bohaterki preparował zwierzęta, ptaki – wtedy zapachy były wyjątkowo sugestywne, a opis czynności skrupulatny. Wiolka dla odmiany kolekcjonowała opakowania po zapałkach, szczególnie cenne egzemplarze zdobywała w najrozmaitszych sytuacjach, które wpędzały ją w kłopoty. Uświadomiłam sobie, że dylematy młodej dziewczyny towarzyszyły i mnie. Oczywiście to wciąż kwestia odbioru, poręczne dostosowanie do peerelowskiej rzeczywistości. Mnóstwo rozwinięć, optymistyczne lub tragiczne zakończenia. Chronologiczny porządek rozdziałów powoduje, że mamy możliwość obserwować rozwój myśli dziecka i nastolatki. Bunt i spór w nieuporządkowanych głowach dorastających towarzyszy Wiolki. Wapienne kamienie, legendy, zioła, zjawiska, wydarzenia opisane w subtelny sposób. Zrozumienie otaczającego świata, stawanie się nim każdego dnia. Umiejętność balansowania, pewien rodzaj elastyczności i radzenia sobie w każdej sytuacji. Podejście dziewczyny do spraw nieuniknionych, impulsy, spontaniczność, opisane z humorem pierwsze dotknięcia, stawanie się kobietą. Całość opisana językiem metaforycznym i na swój sposób bogatym. Jak zmienia się otoczenie, głupia ciekawość, pragnienie penetrowania tego, co nieznane. Wiolka jest sympatyczną dziewczyną, która potrafi się wspinać, kochać, tęsknić, czasami wydaje się szalona, a wszystko wynika z nakazu rozumu i jest silniejsze od perswazji otoczenia. Dorastanie w latach osiemdziesiątych nie było przyjemne, ale dystans, z jakim dziewczyna podchodziła do kolejnych etapów, napawa czytelnika poczuciem mocy, odwagi i szybkich decyzji. Jest w Wiolce duma i radość, jest magnetyzm, dlatego czyta się tę książkę jednym tchem. Guguły, niedojrzałe owoce. Tło opisywanych wzruszeń i uniesień, najskrytszych przeżyć. Uśpiony czas kolorów, pejzaży i trudnych do nazwania ludzkich katastrof, niedopowiedzeń. Wioletta Grzegorzewska odkryła swoje możliwości epickie, opisała przestrzeń egzystencjalną młodej dziewczyny, jej zmagania się ze sobą, możliwości i ograniczenia, odgłosy życia i śmierci. 

– Dziwnie jest urządzony ten świat – odezwał się do mnie nagle, gdy pekaes skręcił na Pułaskiego. – Nawet nie zdążyłem się obejrzeć, już nazywają mnie starym, a przecież w środku jestem jak te guguły.


Wioletta Grzegorzewska Guguły
Wydawca: Wydawnictwo Czarne 2014